Poza skalę szczęścia. Po prostu. Tak się jeszcze chyba nigdy nie czułem. Gdyby nie kilka ostatnich nocy niedospania, pewno biegałbym z radości wokół bloku przez pół nocy.
Byłem w Łodzi. Pokazałem wyniki, wszystko ładnie pięknie cacy. Standardowa rozmowa, pochwaliłem się jak to w zasadzie cała uczelnia wie o mnie i tak dalej. Super. Następne badania to okulista i ten nieszczęsny ginekolog. Niedobrze mi się robi na samą myśl, ale jakoś muszę to znieść. Następna wizyta wypadałaby na czerwiec a to sesja, więc zaryzykowałem i zapytałem czy nie da rady dostać od razu wytycznych do badań laboratoryjnych żeby zaraz po sesji przyjechać z kompletem i dostać receptę... Także to oficjalne - "we wakacje" dostaję hormony :) Dodatkowo, dostałem już papierek, że jestem transem i wygląd się z dokumentami nie zgadza, bo przy płaceniu kartą bywają pytania nawet bez testo. Ponadto posłuży to jako podkładka dla endokrynologa żeby wydać zaświadczenie, że strzała dostać mogę. I dla rodziców, że odwrotu nie ma. Od razu zapytałem o pierwszą operację - na przełomie 2012 i 2013 będę się najpewniej szykować. Bosko. Kasa? Plan jest, kwestia co na to rodzice, bo przy tym rozwiązaniu jednak mają coś do powiedzenia. Jeśli się nie zgodzą, mam oczywiście plan B, ale liczę na to, że ten pierwotny wypali. Nawet jeśli sam w sobie taki super nie jest.
Na święta przyjechał chrzestny ze swoim kawałkiem rodziny, że tak to ujmę. Mają psa, więc zabraliśmy się z psami i "dziecięciem" na spacer. Od słowa do słowa we łbie zakiełkowała mi myśl, że zaufać jej mogę - wobec chrzestnego, dziadków i całej reszty nadal pełna konspiracja. Powiedziałem, żem trans i zapowiada się, że się nie pomyliłem. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, właśnie znalazłem nowy kawałek towarzystwa. I tak, ten świat jest jakiś wściekle mały.
Jakiś czas temu dostałem propozycję spisania swojego "doświadczenia transu". Czas się zabrać za to powoli. I nadal się zastanawiam czy podpisać to nazwiskiem. Publikacja naukowa i takie tam...
Naprawdę cieszę się, że się nie poddałem. Takie zajebiste rzeczy by mnie ominęły... Plan na mój koniec coraz bardziej wyklarowany, systematycznie posuwa się do przodu.
Wciąż szukam swojej drogi...
" Współczesny mężczyzna ma bardzo poważne problemy, ponieważ jest zaszczuty. Uczy się od dziecka że nic, co kobiece, nie może iść w parze z tym, co męskie. Ale mężczyzna nosi w sobie kobietę i dopóki nie wie, że droga do zrozumienia siebie prowadzi przez połączenie przeciwieństw, harmonię elementów męskich i kobiecych, dopóty nie stanie się człowiekiem mądrym." /Krzysztof Pieczyński
poniedziałek, 9 kwietnia 2012
niedziela, 1 kwietnia 2012
"Przepraszam, mógłby nam pan zrobić zdjęcie?"
Pan, pan, pan... Odpowiednie ubranie i pozbycie się garba działa cuda. I już nie trzynaście lat mi dają a piętnaście, jest postęp!
Na zajęciach, z racji, że mam chyba za dużo wolnego czasu, zgłosiłem się do objęcia "dowodzenia" w grupie. Pierwsze zadanie - koordynować projekt zdjęciowy i dostarczyć komplet zdjęć na najbliższe zajęcia. Czyli jutro. Wyciągnąłem wnioski z mojego "dyplomatycznego wodzowania" przed laty, wyznaczyłem terminy, porozdzielałem robotę, jasno określiłem co zrobię ja, jak i do kiedy. Jasne ramy, żadnych niedopowiedzeń i samowolki. Moja część, żeby nie wylądować dziobem w internetach, oparła się o pytanie realnych ludzi i proszenie o pozwolenie na fotkę. Z perspektywy zwykłego zjadacza chleba, nic wielkiego. Z perspektywy byłego jaskiniowca, sprawdzian otwierania dzioba na ulicy i formułowania zrozumiałego komunikatu. I jeszcze zakończonego otrzymaniem pozwolenia. Rezultat? Część odmówiła, większość nie, więc komplet zdjęć mam. A ja sam? Mam dowód dla siebie i Wszechświata, że to dziwne coś, które prześladowało mnie, jest już dawno w niebycie i nie zamierza wrócić. A nawet jeśli by zamierzało to ja mu nie pozwolę.
Muszę stwierdzić, że moja nienormalność postępuje. Święta zaraz, chciałem się byczyć i odpoczywać, ale ostatnio zmieniłem plany. Tak, znowu coś sobie wymyśliłem.
W środę do Łodzi, w środę do Łodzi... :)
+zyliard do cieszenia banana z byle czego. Cudny dzień.
Na zajęciach, z racji, że mam chyba za dużo wolnego czasu, zgłosiłem się do objęcia "dowodzenia" w grupie. Pierwsze zadanie - koordynować projekt zdjęciowy i dostarczyć komplet zdjęć na najbliższe zajęcia. Czyli jutro. Wyciągnąłem wnioski z mojego "dyplomatycznego wodzowania" przed laty, wyznaczyłem terminy, porozdzielałem robotę, jasno określiłem co zrobię ja, jak i do kiedy. Jasne ramy, żadnych niedopowiedzeń i samowolki. Moja część, żeby nie wylądować dziobem w internetach, oparła się o pytanie realnych ludzi i proszenie o pozwolenie na fotkę. Z perspektywy zwykłego zjadacza chleba, nic wielkiego. Z perspektywy byłego jaskiniowca, sprawdzian otwierania dzioba na ulicy i formułowania zrozumiałego komunikatu. I jeszcze zakończonego otrzymaniem pozwolenia. Rezultat? Część odmówiła, większość nie, więc komplet zdjęć mam. A ja sam? Mam dowód dla siebie i Wszechświata, że to dziwne coś, które prześladowało mnie, jest już dawno w niebycie i nie zamierza wrócić. A nawet jeśli by zamierzało to ja mu nie pozwolę.
Muszę stwierdzić, że moja nienormalność postępuje. Święta zaraz, chciałem się byczyć i odpoczywać, ale ostatnio zmieniłem plany. Tak, znowu coś sobie wymyśliłem.
W środę do Łodzi, w środę do Łodzi... :)
+zyliard do cieszenia banana z byle czego. Cudny dzień.
niedziela, 25 marca 2012
Suddenly...
Z całych sił staram się ogarnąć otaczający mnie chaos. Z mizernym skutkiem oczywiście, ale lepiej robić cokolwiek niż absolutnie nic.
Na co dzień jakoś o tym wszystkim nie myślę, przeskakuję od zadania do zadania, od jednej rzeczy do drugiej, bez większego rozmyślania co, kiedy i jak. Wszystko jest "jak zawsze"... do momentu kiedy nie wcisnę pauzy żeby złapać oddech na balkonie, zebrać myśli... Wszystko jest "po staremu" dopóki na zajęciach nie usłyszę mojego właściwego imienia, dopóki kumpel nie poda mi ręki na przywitanie, dopóki wykładowca nie zapyta co robiłem w weekend... Wtedy, w tej jednej, niesamowicie długiej według mojego łba chwili nic nie jest jakie było kiedyś. Jestem. Jestem w tej chwili cały, czuję, że żyję. Czuję, że to wreszcie ja, że w tym całym chaosie, w tym dwudziestodwuletnim bałaganie, burdelu nie z tej rzeczywistości, zaczynam odnajdywać swoje miejsce. Jeszcze kilka lat temu nie sądziłem, że jestem w stanie odczuwać coś głębszego niż zadowolenie ze smacznego obiadu. Jeszcze do niedawna uważałem, że jestem szczęśliwy, bo nie dzieje się nic nieszczęśliwego, taka nieszkodliwa bezczynność...
A teraz?
Teraz... Nigdy bym nie pomyślał, że można czuć szczęście każdą cząstką swojego pudła. Że można siedzieć na zajęciach i siłą krzyżować sobie nogi żeby nie zacząć skakać po sali, że można biec ulicą nie dlatego, że się spieszysz, ale dlatego, że rozpiera cię energia i jeśli tego nie zrobisz to zaczniesz krzyczeć. Że można z radości nie móc zasnąć, że można zrywać się rano, bo chcesz być na zajęciach, spotkać się z ludźmi, być nim. Być sobą. Wreszcie, po ponad dwudziestu dwóch latach, być naprawdę sobą. Super sprawa. Coś jakby być cały czas na wysokoenergetycznej mieszance, jakby się naćpać amfetaminy po same uszy.
Gdyby nie pewna osoba, mógłbym dojść do tego momentu znacznie później. To ona, całkiem nieświadomie, dała mi informację o czymś takim jak transseksualizm, o tym, że to się "leczy" i że istnieją strony dla takich ludzi. Nie wiedziałem jak jej powiedzieć o tym co się dzieje, więc zerwałem kontakt, choć tak naprawdę nie chciałem. No, ale Los sobie zażyczył, że znów się spotkaliśmy, ja się zebrałem w końcu w sobie, powiedziałem... "No nareszcie!" - taką dostałem odpowiedź. Musiałem wyglądać na nieźle zszokowanego, bo przez moment nie wiedziałem co się stało właściwie. Okazało się, że się domyślała od dawna. A ja straciłem kawał znajomości ze... strachu? Tak, to chyba był strach. Dziwne, bo zawsze lubiłem go przełamywać, jeno nie w kontakcie z ludźmi. Ale jak widać daję radę. I to też daje frajdę.
Zrobiłem według planu EEG i RTG łba. Wszystko pięknie, ładnie, czysto.
Życzeń na Dzień Kobiet nie dostaję.
Kiedy kurier przy mojej mamie wziął mnie za "młodego pana", mama tylko śmiała się wniebogłosy zamiast zrobić "scenę z córeczką".
Indeksów nie dało rady załatwić, bo licencjat jeszcze będę miał na starych danych. Trudno. Tak też przeżyję, funkcjonuję już wszędzie jako mężczyzna. No, z nielicznymi wyjątkami, ale niedługo, niedługo.
Na co dzień jakoś o tym wszystkim nie myślę, przeskakuję od zadania do zadania, od jednej rzeczy do drugiej, bez większego rozmyślania co, kiedy i jak. Wszystko jest "jak zawsze"... do momentu kiedy nie wcisnę pauzy żeby złapać oddech na balkonie, zebrać myśli... Wszystko jest "po staremu" dopóki na zajęciach nie usłyszę mojego właściwego imienia, dopóki kumpel nie poda mi ręki na przywitanie, dopóki wykładowca nie zapyta co robiłem w weekend... Wtedy, w tej jednej, niesamowicie długiej według mojego łba chwili nic nie jest jakie było kiedyś. Jestem. Jestem w tej chwili cały, czuję, że żyję. Czuję, że to wreszcie ja, że w tym całym chaosie, w tym dwudziestodwuletnim bałaganie, burdelu nie z tej rzeczywistości, zaczynam odnajdywać swoje miejsce. Jeszcze kilka lat temu nie sądziłem, że jestem w stanie odczuwać coś głębszego niż zadowolenie ze smacznego obiadu. Jeszcze do niedawna uważałem, że jestem szczęśliwy, bo nie dzieje się nic nieszczęśliwego, taka nieszkodliwa bezczynność...
A teraz?
Teraz... Nigdy bym nie pomyślał, że można czuć szczęście każdą cząstką swojego pudła. Że można siedzieć na zajęciach i siłą krzyżować sobie nogi żeby nie zacząć skakać po sali, że można biec ulicą nie dlatego, że się spieszysz, ale dlatego, że rozpiera cię energia i jeśli tego nie zrobisz to zaczniesz krzyczeć. Że można z radości nie móc zasnąć, że można zrywać się rano, bo chcesz być na zajęciach, spotkać się z ludźmi, być nim. Być sobą. Wreszcie, po ponad dwudziestu dwóch latach, być naprawdę sobą. Super sprawa. Coś jakby być cały czas na wysokoenergetycznej mieszance, jakby się naćpać amfetaminy po same uszy.
Gdyby nie pewna osoba, mógłbym dojść do tego momentu znacznie później. To ona, całkiem nieświadomie, dała mi informację o czymś takim jak transseksualizm, o tym, że to się "leczy" i że istnieją strony dla takich ludzi. Nie wiedziałem jak jej powiedzieć o tym co się dzieje, więc zerwałem kontakt, choć tak naprawdę nie chciałem. No, ale Los sobie zażyczył, że znów się spotkaliśmy, ja się zebrałem w końcu w sobie, powiedziałem... "No nareszcie!" - taką dostałem odpowiedź. Musiałem wyglądać na nieźle zszokowanego, bo przez moment nie wiedziałem co się stało właściwie. Okazało się, że się domyślała od dawna. A ja straciłem kawał znajomości ze... strachu? Tak, to chyba był strach. Dziwne, bo zawsze lubiłem go przełamywać, jeno nie w kontakcie z ludźmi. Ale jak widać daję radę. I to też daje frajdę.
Zrobiłem według planu EEG i RTG łba. Wszystko pięknie, ładnie, czysto.
Życzeń na Dzień Kobiet nie dostaję.
Kiedy kurier przy mojej mamie wziął mnie za "młodego pana", mama tylko śmiała się wniebogłosy zamiast zrobić "scenę z córeczką".
Indeksów nie dało rady załatwić, bo licencjat jeszcze będę miał na starych danych. Trudno. Tak też przeżyję, funkcjonuję już wszędzie jako mężczyzna. No, z nielicznymi wyjątkami, ale niedługo, niedługo.
poniedziałek, 20 lutego 2012
Biegiem!
Rzeczy zaczynają dziać się coraz szybciej, coraz więcej na raz. Powinienem mieć w związku z tym mniej czasu na pisanie tutaj, ale jakoś udaje mi się ostatnio skuteczniej go sobie organizować. Dobra rzecz, jestem z tego bardzo zadowolony.
Nadal obdzielam wszystko dookoła informacją o zmianie. Znaczy tych, którzy nie wiedzieli. Reakcje wyłącznie pozytywne. I jedna śmieszna z dzisiaj. Znaczy, też pozytywna, ale wyrazu jego twarzy chyba nie zapomnę do końca życia ;) Był w tak ostrym szoku, że przez chwilę mowę mu odjęło, upewnił się po chwili czy to nie jest żart i zapytał jak ma się teraz zwracać. Ot, wielka mi rzecz. Ok, miał prawo zrobić minkę, bo wyskoczyłem totalnie nagle, znikąd i powiedziałem to tonem niespecjalnie tolerującym sprzeciw, ale to był człowiek, który był w stanie wołać mnie nieszczęsnym imieniem z połowy korytarza. Teraz już nie powinien, to najważniejsze :)
Usłyszeć na zajęciach swoje właściwe imię od wykładowcy... Po prostu bezcenne. Niby nic, ot, zapytał mnie czy się zajmę przygotowaniem ankiety. Niby nic a potrafi wprawić w naprawdę dobry nastrój. Z tej radości wykonałem coś na kształt piruetu chcąc przejść przez drzwi i jednocześnie je przytrzymać żeby z przeciwnej strony mogła wejść dziewczyna. Rozbawiłem ją, nie ma co :)
Zapisałem się na konferencję. Co śmieszniejsze, z właściwym imieniem. Na ostatnim spotkaniu "naszych" zapytałem czy w związku z tym, mimo rozbieżności w papierach, dałoby się zakręcić w dziekanacie ze zwrotem kosztów za publikację artykułu. Się najprawdopodobniej da, będziemy walczyć w przyszłym tygodniu o to. I, uwaga, o nowe indeksy :D W systemie bez wyroku zmienić mnie nie można, ale indeksy może się udać. Egzaminy jako ja, prace zaliczeniowe normalnie wreszcie podpisane...
Tylko mnie to wszystko utwierdza w tym, że podjąłem dobrą decyzję. Są chwile, kiedy żałuję, że dopiero teraz, że nie zrobiłem tego wcześniej. Żałuję, że nie zebrałem się w sobie i nie przestałem się przejmować wcześniej. No, ale lepiej późno niż wcale. Może faktycznie potrzebowałem tego czasu, dokładnie tyle ile minęło, żeby właśnie przestać się przejmować? Żeby zacząć być sobą? Może potrzebowałem tej depresji, tego siedzenia i myślenia, wahania, odkrywania siebie, zmieniania siebie... Żeby teraz móc z całą siłą powiedzieć: "Jestem jaki jestem i tego nie zmienisz. Albo przyjmiesz to do wiadomości, albo idź do diabła". I nie boję się, że ktoś powie żem dziwak. Że mi piątej klepki brak albo że mam się leczyć gdzieś w zakładzie. Mam to gdzieś. Niech sobie świat myśli co chce, ja jestem sobą. I jestem sam ze sobą jak najbardziej szczęśliwy. Mam poczucie, że przez kilka ostatnich lat strasznie się pogubiłem. W tym kim jestem, co jest moim celem, do czego dążę, po co tutaj jestem. Teraz, w tej samotności, znajduję siebie na nowo. I to jest naprawdę fajne uczucie, coś jak spotkać starego przyjaciela i przy piwie gadać o tym co się przez ten czas wydarzyło.
Przypomnieć sobie, że jest się Wojownikiem Światła. I nie zapomnieć więcej...
Wiosna!
Nadal obdzielam wszystko dookoła informacją o zmianie. Znaczy tych, którzy nie wiedzieli. Reakcje wyłącznie pozytywne. I jedna śmieszna z dzisiaj. Znaczy, też pozytywna, ale wyrazu jego twarzy chyba nie zapomnę do końca życia ;) Był w tak ostrym szoku, że przez chwilę mowę mu odjęło, upewnił się po chwili czy to nie jest żart i zapytał jak ma się teraz zwracać. Ot, wielka mi rzecz. Ok, miał prawo zrobić minkę, bo wyskoczyłem totalnie nagle, znikąd i powiedziałem to tonem niespecjalnie tolerującym sprzeciw, ale to był człowiek, który był w stanie wołać mnie nieszczęsnym imieniem z połowy korytarza. Teraz już nie powinien, to najważniejsze :)
Usłyszeć na zajęciach swoje właściwe imię od wykładowcy... Po prostu bezcenne. Niby nic, ot, zapytał mnie czy się zajmę przygotowaniem ankiety. Niby nic a potrafi wprawić w naprawdę dobry nastrój. Z tej radości wykonałem coś na kształt piruetu chcąc przejść przez drzwi i jednocześnie je przytrzymać żeby z przeciwnej strony mogła wejść dziewczyna. Rozbawiłem ją, nie ma co :)
Zapisałem się na konferencję. Co śmieszniejsze, z właściwym imieniem. Na ostatnim spotkaniu "naszych" zapytałem czy w związku z tym, mimo rozbieżności w papierach, dałoby się zakręcić w dziekanacie ze zwrotem kosztów za publikację artykułu. Się najprawdopodobniej da, będziemy walczyć w przyszłym tygodniu o to. I, uwaga, o nowe indeksy :D W systemie bez wyroku zmienić mnie nie można, ale indeksy może się udać. Egzaminy jako ja, prace zaliczeniowe normalnie wreszcie podpisane...
Tylko mnie to wszystko utwierdza w tym, że podjąłem dobrą decyzję. Są chwile, kiedy żałuję, że dopiero teraz, że nie zrobiłem tego wcześniej. Żałuję, że nie zebrałem się w sobie i nie przestałem się przejmować wcześniej. No, ale lepiej późno niż wcale. Może faktycznie potrzebowałem tego czasu, dokładnie tyle ile minęło, żeby właśnie przestać się przejmować? Żeby zacząć być sobą? Może potrzebowałem tej depresji, tego siedzenia i myślenia, wahania, odkrywania siebie, zmieniania siebie... Żeby teraz móc z całą siłą powiedzieć: "Jestem jaki jestem i tego nie zmienisz. Albo przyjmiesz to do wiadomości, albo idź do diabła". I nie boję się, że ktoś powie żem dziwak. Że mi piątej klepki brak albo że mam się leczyć gdzieś w zakładzie. Mam to gdzieś. Niech sobie świat myśli co chce, ja jestem sobą. I jestem sam ze sobą jak najbardziej szczęśliwy. Mam poczucie, że przez kilka ostatnich lat strasznie się pogubiłem. W tym kim jestem, co jest moim celem, do czego dążę, po co tutaj jestem. Teraz, w tej samotności, znajduję siebie na nowo. I to jest naprawdę fajne uczucie, coś jak spotkać starego przyjaciela i przy piwie gadać o tym co się przez ten czas wydarzyło.
Przypomnieć sobie, że jest się Wojownikiem Światła. I nie zapomnieć więcej...
Wiosna!
poniedziałek, 13 lutego 2012
Zaczęło się...
Dorastam w przyspieszonym tempie. A raczej nadrabiam stracony czas, napady hiper-aktywności kończą się całym dniem odsypiania, ale podoba mi się to.
Byłem w Łodzi. Sam. Pociągiem. Pierwszy raz jechałem w nocy. Trochę się zastanawiałem jak to wygląda, bo nasłuchałem się opowieści jak to w nocnych kradną, gwałcą i nie wiadomo co jeszcze... A się nawet wyspać mogłem (umiejętność zwinięcia się w dowolny kształt ftw). Mama wiedziała, że jadę, ale nie wiedziała jak, ojciec dowiedział się w ostatniej chwili i tylko prosił żebym uważał. W drodze powrotnej pogadałem sobie ze współpasażerami o planach na życie, pracy, wojsku (człowiek z rezerwy mi się trafił)... Wszystko jako mężczyzna, nuda :) Definitywnie dotarłem do momentu, że kiedy ktoś woła mnie kobietą to nie jest już "ech, domyślił się" a raczej "o co mu cholera chodzi?" i mam ochotę człowieka poprawiać.
Do rzeczy. Nie udało się znaleźć nawet ułamka Y w moim genotypie, z jednej strony ok, bo jedziemy utartym torem a z drugiej... Noż kurde ;) Na następną wizytę EEG i prześwietlenie łba, czyli jak to dr Robacha stwierdziła - udowadniam, że nie mam dwóch garbów. I dowiedziałem się. I się cieszę. Jak głupi do sera. Teraz w zasadzie wszystko od mojego spięcia się zależy - dwie wizyty i dostaję receptę. Już pisałem, że się cieszę?
Miałem trochę czasu do pociągu powrotnego, więc sobie po Łodzi połaziłem. Zwiedziłem Manufakturę, całkiem fajny pomysł. Byłem też na Piotrkowskiej, jakżeby inaczej. Nie przewidziałem tylko zakwasów dnia następnego, po tych kilkunastu co najmniej kilometrach. Zima mnie rozleniwiła ;) No, ale odespałem sesję i z nowymi siłami biorę się do roboty. Projekt samorealizacja trwa w najlepsze, praca wre. A działanie tylko mnie nakręca, perpetuum mobile.
Dziś zapewniłem sobie dobry humor do końca tygodnia. Jak? Ruszyłem się! Zajęcia po sesji się zaczęły, nowi prowadzący, nowe grupy, nowy bałagan. I nowe "chcę was poznać, przedstawcie się"... Tak, dokładnie, głosem dość dobitnym powiedziałem imię "z papierów" a potem "ale", że jestem osobą transseksualną i wolę kiedy się zwracają tak i tak. Prowadzący? "Ok, super, a wiesz, badania były na temat transseksualizmu, brałeś może udział?" Reszta? Cisza... Grobowa. Tylko kumpel, który wiedział, trochę chyba szok śmiechem ukrył. I chyba niedługo nową ksywę dostanę od niego... To były pierwsze i ostatnie zajęcia moje, po południu inni mają, więc ciekaw jestem czy ktoś coś powie. Jutro na wykładzie zobaczymy, jak do tej pory łukiem na korytarzu nie omijali, odzywali się. To mnie tak pozytywnie naładowało... Ok, adrenalina zrobiła swoje, ale sukces jeszcze więcej. O stare imię na zajęciach mam się upomnieć dopiero na wpisach. Aż mnie nosi! Uwielbiam ten stan, muszę go jakoś wykorzystać dzisiaj. Teraz już wszędzie przyjdzie mi przedstawiać się tak. I to mnie nakręca jeszcze bardziej. Dzieje się!
A będzie się dziać jeszcze więcej, bo oficjalnie zaczynam przygotowania do grudnia. Tego grudnia. Dopiero połowa lutego? Dla mnie już. Tyle czekałem, z tej perspektywy to bardzo mało czasu na ogarnięcie żeby wszystko wyglądało jak należy. To będzie fantastyczny koniec. Koniec z pierdolnięciem.
W końcu... dokładnie tak umierają anioły...
Byłem w Łodzi. Sam. Pociągiem. Pierwszy raz jechałem w nocy. Trochę się zastanawiałem jak to wygląda, bo nasłuchałem się opowieści jak to w nocnych kradną, gwałcą i nie wiadomo co jeszcze... A się nawet wyspać mogłem (umiejętność zwinięcia się w dowolny kształt ftw). Mama wiedziała, że jadę, ale nie wiedziała jak, ojciec dowiedział się w ostatniej chwili i tylko prosił żebym uważał. W drodze powrotnej pogadałem sobie ze współpasażerami o planach na życie, pracy, wojsku (człowiek z rezerwy mi się trafił)... Wszystko jako mężczyzna, nuda :) Definitywnie dotarłem do momentu, że kiedy ktoś woła mnie kobietą to nie jest już "ech, domyślił się" a raczej "o co mu cholera chodzi?" i mam ochotę człowieka poprawiać.
Do rzeczy. Nie udało się znaleźć nawet ułamka Y w moim genotypie, z jednej strony ok, bo jedziemy utartym torem a z drugiej... Noż kurde ;) Na następną wizytę EEG i prześwietlenie łba, czyli jak to dr Robacha stwierdziła - udowadniam, że nie mam dwóch garbów. I dowiedziałem się. I się cieszę. Jak głupi do sera. Teraz w zasadzie wszystko od mojego spięcia się zależy - dwie wizyty i dostaję receptę. Już pisałem, że się cieszę?
Miałem trochę czasu do pociągu powrotnego, więc sobie po Łodzi połaziłem. Zwiedziłem Manufakturę, całkiem fajny pomysł. Byłem też na Piotrkowskiej, jakżeby inaczej. Nie przewidziałem tylko zakwasów dnia następnego, po tych kilkunastu co najmniej kilometrach. Zima mnie rozleniwiła ;) No, ale odespałem sesję i z nowymi siłami biorę się do roboty. Projekt samorealizacja trwa w najlepsze, praca wre. A działanie tylko mnie nakręca, perpetuum mobile.
Dziś zapewniłem sobie dobry humor do końca tygodnia. Jak? Ruszyłem się! Zajęcia po sesji się zaczęły, nowi prowadzący, nowe grupy, nowy bałagan. I nowe "chcę was poznać, przedstawcie się"... Tak, dokładnie, głosem dość dobitnym powiedziałem imię "z papierów" a potem "ale", że jestem osobą transseksualną i wolę kiedy się zwracają tak i tak. Prowadzący? "Ok, super, a wiesz, badania były na temat transseksualizmu, brałeś może udział?" Reszta? Cisza... Grobowa. Tylko kumpel, który wiedział, trochę chyba szok śmiechem ukrył. I chyba niedługo nową ksywę dostanę od niego... To były pierwsze i ostatnie zajęcia moje, po południu inni mają, więc ciekaw jestem czy ktoś coś powie. Jutro na wykładzie zobaczymy, jak do tej pory łukiem na korytarzu nie omijali, odzywali się. To mnie tak pozytywnie naładowało... Ok, adrenalina zrobiła swoje, ale sukces jeszcze więcej. O stare imię na zajęciach mam się upomnieć dopiero na wpisach. Aż mnie nosi! Uwielbiam ten stan, muszę go jakoś wykorzystać dzisiaj. Teraz już wszędzie przyjdzie mi przedstawiać się tak. I to mnie nakręca jeszcze bardziej. Dzieje się!
A będzie się dziać jeszcze więcej, bo oficjalnie zaczynam przygotowania do grudnia. Tego grudnia. Dopiero połowa lutego? Dla mnie już. Tyle czekałem, z tej perspektywy to bardzo mało czasu na ogarnięcie żeby wszystko wyglądało jak należy. To będzie fantastyczny koniec. Koniec z pierdolnięciem.
W końcu... dokładnie tak umierają anioły...
sobota, 28 stycznia 2012
Sesja i samoutrudnianie
No bo jak inaczej nazwać fakt, że zamiast się uczyć piszę notkę na blogu? ;) Matula mnie znowu odwiedziła i widzę jak dużo się zmienia. Tematu korekty nadal nie ma, ale po zakupach widać zmianę. Wreszcie mama szuka mi ciuchów na dziale męskim bez uprzedzania "ale wiesz, to z męskiego, ale takie uniseksowe no", kiedy przeglądam koszule sugeruje jaki wzór i kolor będzie dla mnie lepszy... Powoli powoli, ku lepszemu. Psa też co najmniej tolerują. Śmieją się z jego głupot, głaszczą kiedy przychodzi się pomiziać, kiedy zdarzyło jej się "zostawić znaka" to tylko była uwaga żeby posprzątać. Żadnej wojny. Nic. Normalna wizyta z gadaniem, żartami i wspólnym obiadem. W poniedziałek brat przyjeżdża, więc nadal nie będę siedział sam.
Świat jest strasznie mały, ten internetowy też. W internetowej grze spotkałem kumpla ze studiów. Miałem szczęście, że jest uświadomiony to nie było zamieszania ;) Trochę popytał, trochę się pośmiał, jest ok. Z początku się nie przyznałem, że to ja, bo nie znając mojego właściwego imienia użył dowodowego. Dopiero po egzaminie następnego dnia mu powiedziałem, minę miał bezcenną :D
Ostatnie dwa tygodnie to była niezła szkoła. Szkoła dyscypliny, ogarniania, wyrabiania się na czas, walki z samym sobą i wszystkim dookoła. I na dodatek jeszcze musiałem się z tym zmierzyć sam. Jeszcze tydzień, jeszcze tydzień... Mimo to, moja odporność już teraz zdecydowanie się podniosła. A poziom sarkazmu szybuje chwilami gdzieś w galaktyce kilka pięter wyżej...
Dziś notka krótka. Lepsze krótsze a częstsze przecież. Po sesji zrobię wielkie porządki, muszę się wreszcie pozbyć tych resztek przypominających mi o tamtej kilkuletniej farsie. Że też chciałem to sobie zostawić na "pamiątkę", o ja głupi...
A tak w razie gdyby co - nie popieram ACTA. Kropka. Później wstawię jakiś baner w tej sprawie, teraz wracam do nauki.
Świat jest strasznie mały, ten internetowy też. W internetowej grze spotkałem kumpla ze studiów. Miałem szczęście, że jest uświadomiony to nie było zamieszania ;) Trochę popytał, trochę się pośmiał, jest ok. Z początku się nie przyznałem, że to ja, bo nie znając mojego właściwego imienia użył dowodowego. Dopiero po egzaminie następnego dnia mu powiedziałem, minę miał bezcenną :D
Ostatnie dwa tygodnie to była niezła szkoła. Szkoła dyscypliny, ogarniania, wyrabiania się na czas, walki z samym sobą i wszystkim dookoła. I na dodatek jeszcze musiałem się z tym zmierzyć sam. Jeszcze tydzień, jeszcze tydzień... Mimo to, moja odporność już teraz zdecydowanie się podniosła. A poziom sarkazmu szybuje chwilami gdzieś w galaktyce kilka pięter wyżej...
Dziś notka krótka. Lepsze krótsze a częstsze przecież. Po sesji zrobię wielkie porządki, muszę się wreszcie pozbyć tych resztek przypominających mi o tamtej kilkuletniej farsie. Że też chciałem to sobie zostawić na "pamiątkę", o ja głupi...
A tak w razie gdyby co - nie popieram ACTA. Kropka. Później wstawię jakiś baner w tej sprawie, teraz wracam do nauki.
środa, 18 stycznia 2012
Zalatany bloga zaniedbał. Znów.
Ale jakichś wielkich wyrzutów sumienia nie mam, bo mam dziką satysfakcję z tego co się aktualnie dookoła mnie dzieje. Tyle zmian, spełnianych marzeń, zwykłej codziennej radochy... Ok, jeśli nagle na głowę zrzuci mi się sześć czy siedem kolokwiów, kilo egzaminów, ryza papieru przewidziana jest na prace zaliczeniowe, mam w pewnym momencie dziką ochotę usiąść okrakiem na łóżku i po prostu zacząć wyć. Wiem, że są osoby mające więcej na głowie niż ja, ale to jest mój "pierwszy raz". Zawsze miałem tak duży margines wolnego czasu, że to wszelkie pojęcie przechodzi... i nie zdawałem sobie z tego sprawy! A najlepsze jest to, że do tego wolnego czasu wracać za nic nie chcę. Nawet jeśli nie słyszę w końcu budzika i nie zdążam na kolokwium - wyciągnąłem stary, wściekle głośny budzik, będą teraz wyć cztery :D
Do rzeczy. Najpierw rzecz oczywista, Łódź ciąg dalszy. Druga wizyta była, kariotyp zrobiony bez problemu, wynik do odebrania przy następnej wizycie. Życiorys emocjonalny napisałem, nigdy więcej nie chcę mieć z tym do czynienia, wspominać te wszystkie doły, depresje, myśli... Jak dobrze, że to już przeszłość. Jakiś tam miniteścik na temat depresji dostałem, MMPI miałem robiony, więc się dowiedziałem, że drugi raz można sobie odpuścić (dzięki Losowi!). Byłem maksymalnie wredny i zgodziłem się, żeby drugi raz też jechać z Przyjaciółką mimo, że była chora. Na szczęście dla niej, ciopągi pozmieniały rozkład i na następną wizytę jadę sam. Niemal 24h będę miał wycięte z życiorysu przez to, ale trochę samodzielności łyknę ;) Na szczęście, połączenie bez przesiadki, jedyny mankament - do Łodzi jadę nocą. Myślę, że nie ma wielkiego ryzyka, że coś mi się stanie, ale jeśli rodzice się dowiedzą to wpadną w histerię i pewno będą chcieli kogoś ze mną wysłać... Tak, rodzice wiedzą. Dowiedzieli się przy okazji drugiej wizyty w dość brutalny sposób - mama zapomniała wyciągnąć świstka o ubezpieczeniu, więc przy załatwianiu na ostatnią chwilę musiałem powiedzieć dlaczego "nie mogę dowieźć dnia następnego". Generalnie tematu nie ma. Mama nic nie mówi, tata pogroził, że "hormony to nie cukierki", cisza. Ale cisza też dlatego, że w międzyczasie wyniknął inny "problem" i przestałem przyjeżdżać do rodziców. Bardzo rzadko jeżdżę, ot byłem w listopadzie a potem dopiero na święta. Posiedziałem, pojadłem i teraz dopiero po sesji zjadę.
A co to za "problem"? Pies. Mam psa :D Tamten okazał się najpewniej bujdą na resorach, bo nigdy nie dostałem potwierdzenia, że istniał, ale za to dzięki Przyjaciółce mam teraz super sunię, na którą wołam Mimi :) Przypałętała się pod drzwi Przyjaciółki, dostałem telefon czy jej nie przechowam dopóki się właściciel nie znajdzie, nikt się po nią nie zgłosił, została. Wbrew woli rodziców, co doprowadziło do wojny i smutnego wniosku, że na dobrą sprawę zamknęli mnie w złotej klatce... Także zacząłem męczący proces ponownego odcinania pępowiny. Bardzo męczący.
Co jeszcze? Kilka sytuacji ciekawych może. Wizyta w klubie, już od progu nikt nie ma wątpliwości żem facet, bo ochrona trzepie mnie czy czegoś nie wnoszę :P Później zaznajamiałem się w kiblu z nawalonym naziolem. Czekałem do kabiny, on chwiejąc się lał do pisuaru i nie mógł odmówić sobie pogadania ze mną w ichnim slangu. Tylko czemu założył, że też mam coś z nim wspólnego? Inna sytuacja, całkiem świeża - biba w Sopocie. Na imprezie z początku były same osoby znające mnie "jak należy". W pewnym momencie dołączyła do nas znajoma, z którą studiuję i teoretycznie nie ma bladego pojęcia o co chodzi ze mną... Chwila strachu, że pozamiatane w towarzystwie i... "pier*** nie będę udawał" szybko rzuciłem parę zdań z wyraźnym akcentem na -łem, kumpel zawtórował mówiąc coś do mnie i całą imprezę byłem dla znajomej "nim" :) Nie wiem czy się domyślała wcześniej, czy jest na jakimś wyższym poziomie rozumienia życia czy co tam, ani słowem się nie zająknęła. Nie zapytała też o co chodzi. Ani mnie ani innych znajomych później. Magia! :) Także w sumie, coming outu ciąg dalszy. Plus, kolejne osoby w kole naukowym się dowiedziały. Coś mi do łba strzeliło na warsztatach, powiedziałem, że bardziej czuję się mężczyzną, zapytali w jakiej formie się zwracać do mnie to ja, że jestem w trakcie korekty choć jeszcze niewiele osób wie, i że męska byłaby całkiem miła. Z uśmiechem "ok", trzy błędy "zrobiłyśmy" i spokój. A osoby, które były na warsztacie, mijane na korytarzu z uśmiechem do mnie już z daleka, zamienią kilka słów, cud mniód w ogóle. Strach ma kurczę taaaaaakie oczy. I nic więcej :)
Wreszcie było spotkanie "naszych" na uczelni. Dowiedziałem się, że z Anią będę miał zajęcia na socjologii. I to chyba w przyszłym semestrze, więc muszę się streszczać z uświadamianiem współstudentów, bo na cyrki nie mam ochoty. Dziś znajoma palnęła do mnie w męskiej formie, więc jest dobrze :P Plus, ciekawostka na temat rodziców. Niby tematu nie ma, ale święta dla mamy musiały być dość schizofreniczne, bo raz mówiła do mnie per on, raz ona. Sylwester ze znajomymi z kolei był super. Wreszcie nie sam jak od dwóch lat i to się chyba sprawdza, bo ciągle gdzieś łażę. Tak, oficjalnie nie mam na nic czasu. Mniej oficjalnie, odkryłem ostatnio mały zapas czasu ukryty przewrotnie pod nazwą "za chwileczkę". Zaś tajemnicą poliszynela jest (było), że się NUDZĘ. Tak po prostu, robię coś i się nudzę, więc w wolnych chwilach zacząłem rysować i/lub pisać. Muszę wreszcie przekuć pomysły w opowiadania, bo się tego we łbie nazbierało. I parę innych rzeczy muszę zrobić, ale to później. To, że mam chwilowy niedobór bodźców nie znaczy, że się nie uczę. A egzaminy już niedługo.
Miałem ostatnio kilka "przemiłych" rozmów z lasencją, która bardzo niefortunnie nosi miano mojej byłej. Mam gorącą nadzieję, że dziś był ostatni raz, bo to czym mnie uraczyła zakrawa na komedię kręconą przez ślepego i głuchego trolla po lobotomii. W szczegóły nie ma co się wdawać, bo są totalnie nudne, ale wiem jedno. W nosie, że straciłem ładnych parę latek, potencjalnie tych najlepszych, przeżyję to jakoś, nadrabiam w przyspieszonym tempie. Najważniejsze to rzecz, którą cała reszta Wszechświata powinna przeczytać i przyswoić - jeśli spotykasz kogoś i intuicja woła żeby się od tej osoby trzymać z daleka to jej słuchaj! Ja nie posłuchałem i dowiedziałem się potem naprawdę durnowatych rzeczy. Co ciekawe, co uważam za osobiste osiągnięcie tak w sumie, nie ruszyło mnie to. Jedyne co mnie dotknęło to fakt, że zostałem okłamany a nie to w jaki sposób. Znając mnie sprzed jakiegoś czasu, pewnie na wieść o tym zaszyłbym się pod kołdrą, uznał, że jestem wybrakowanym facetem i nie mam co się starać... a ja zacząłem się śmiać. Śmiać aż wszyscy pytali co z tym telefonem robię. Nie wiem czy czułem to pod skórą czy jak, ale to "wyznanie" sprawiło, że wiele rzeczy stało się dla mnie jasnych. Mój błąd, człowiek uczy się na błędach, jestem dzięki temu mądrzejszy. Jasne, miałem chwilę zwątpienia, że może w takim razie każdy kto mnie zna przed albo dowiaduje się, że "coś ze mną nie tak" będzie się do mnie odnosić, tak o mnie myśleć... Szybko zostałem wyprowadzony z błędu i na spotkaniu, i przez znajomych. Krótko mówiąc, głos mnie czasem jeszcze zdradza, na co zwrócił uwagę mój znajomy nie mówiąc mi o tym... z ostatniej rozmowy, przy której był, ma prawo się domyślić już w stu procentach i... nic, zero reakcji. Jestem facetem, kropka, nic więcej się nie liczy.
Nic więcej. Jestem mężczyzną. Stuprocentowym.
Do rzeczy. Najpierw rzecz oczywista, Łódź ciąg dalszy. Druga wizyta była, kariotyp zrobiony bez problemu, wynik do odebrania przy następnej wizycie. Życiorys emocjonalny napisałem, nigdy więcej nie chcę mieć z tym do czynienia, wspominać te wszystkie doły, depresje, myśli... Jak dobrze, że to już przeszłość. Jakiś tam miniteścik na temat depresji dostałem, MMPI miałem robiony, więc się dowiedziałem, że drugi raz można sobie odpuścić (dzięki Losowi!). Byłem maksymalnie wredny i zgodziłem się, żeby drugi raz też jechać z Przyjaciółką mimo, że była chora. Na szczęście dla niej, ciopągi pozmieniały rozkład i na następną wizytę jadę sam. Niemal 24h będę miał wycięte z życiorysu przez to, ale trochę samodzielności łyknę ;) Na szczęście, połączenie bez przesiadki, jedyny mankament - do Łodzi jadę nocą. Myślę, że nie ma wielkiego ryzyka, że coś mi się stanie, ale jeśli rodzice się dowiedzą to wpadną w histerię i pewno będą chcieli kogoś ze mną wysłać... Tak, rodzice wiedzą. Dowiedzieli się przy okazji drugiej wizyty w dość brutalny sposób - mama zapomniała wyciągnąć świstka o ubezpieczeniu, więc przy załatwianiu na ostatnią chwilę musiałem powiedzieć dlaczego "nie mogę dowieźć dnia następnego". Generalnie tematu nie ma. Mama nic nie mówi, tata pogroził, że "hormony to nie cukierki", cisza. Ale cisza też dlatego, że w międzyczasie wyniknął inny "problem" i przestałem przyjeżdżać do rodziców. Bardzo rzadko jeżdżę, ot byłem w listopadzie a potem dopiero na święta. Posiedziałem, pojadłem i teraz dopiero po sesji zjadę.
A co to za "problem"? Pies. Mam psa :D Tamten okazał się najpewniej bujdą na resorach, bo nigdy nie dostałem potwierdzenia, że istniał, ale za to dzięki Przyjaciółce mam teraz super sunię, na którą wołam Mimi :) Przypałętała się pod drzwi Przyjaciółki, dostałem telefon czy jej nie przechowam dopóki się właściciel nie znajdzie, nikt się po nią nie zgłosił, została. Wbrew woli rodziców, co doprowadziło do wojny i smutnego wniosku, że na dobrą sprawę zamknęli mnie w złotej klatce... Także zacząłem męczący proces ponownego odcinania pępowiny. Bardzo męczący.
Co jeszcze? Kilka sytuacji ciekawych może. Wizyta w klubie, już od progu nikt nie ma wątpliwości żem facet, bo ochrona trzepie mnie czy czegoś nie wnoszę :P Później zaznajamiałem się w kiblu z nawalonym naziolem. Czekałem do kabiny, on chwiejąc się lał do pisuaru i nie mógł odmówić sobie pogadania ze mną w ichnim slangu. Tylko czemu założył, że też mam coś z nim wspólnego? Inna sytuacja, całkiem świeża - biba w Sopocie. Na imprezie z początku były same osoby znające mnie "jak należy". W pewnym momencie dołączyła do nas znajoma, z którą studiuję i teoretycznie nie ma bladego pojęcia o co chodzi ze mną... Chwila strachu, że pozamiatane w towarzystwie i... "pier*** nie będę udawał" szybko rzuciłem parę zdań z wyraźnym akcentem na -łem, kumpel zawtórował mówiąc coś do mnie i całą imprezę byłem dla znajomej "nim" :) Nie wiem czy się domyślała wcześniej, czy jest na jakimś wyższym poziomie rozumienia życia czy co tam, ani słowem się nie zająknęła. Nie zapytała też o co chodzi. Ani mnie ani innych znajomych później. Magia! :) Także w sumie, coming outu ciąg dalszy. Plus, kolejne osoby w kole naukowym się dowiedziały. Coś mi do łba strzeliło na warsztatach, powiedziałem, że bardziej czuję się mężczyzną, zapytali w jakiej formie się zwracać do mnie to ja, że jestem w trakcie korekty choć jeszcze niewiele osób wie, i że męska byłaby całkiem miła. Z uśmiechem "ok", trzy błędy "zrobiłyśmy" i spokój. A osoby, które były na warsztacie, mijane na korytarzu z uśmiechem do mnie już z daleka, zamienią kilka słów, cud mniód w ogóle. Strach ma kurczę taaaaaakie oczy. I nic więcej :)
Wreszcie było spotkanie "naszych" na uczelni. Dowiedziałem się, że z Anią będę miał zajęcia na socjologii. I to chyba w przyszłym semestrze, więc muszę się streszczać z uświadamianiem współstudentów, bo na cyrki nie mam ochoty. Dziś znajoma palnęła do mnie w męskiej formie, więc jest dobrze :P Plus, ciekawostka na temat rodziców. Niby tematu nie ma, ale święta dla mamy musiały być dość schizofreniczne, bo raz mówiła do mnie per on, raz ona. Sylwester ze znajomymi z kolei był super. Wreszcie nie sam jak od dwóch lat i to się chyba sprawdza, bo ciągle gdzieś łażę. Tak, oficjalnie nie mam na nic czasu. Mniej oficjalnie, odkryłem ostatnio mały zapas czasu ukryty przewrotnie pod nazwą "za chwileczkę". Zaś tajemnicą poliszynela jest (było), że się NUDZĘ. Tak po prostu, robię coś i się nudzę, więc w wolnych chwilach zacząłem rysować i/lub pisać. Muszę wreszcie przekuć pomysły w opowiadania, bo się tego we łbie nazbierało. I parę innych rzeczy muszę zrobić, ale to później. To, że mam chwilowy niedobór bodźców nie znaczy, że się nie uczę. A egzaminy już niedługo.
Miałem ostatnio kilka "przemiłych" rozmów z lasencją, która bardzo niefortunnie nosi miano mojej byłej. Mam gorącą nadzieję, że dziś był ostatni raz, bo to czym mnie uraczyła zakrawa na komedię kręconą przez ślepego i głuchego trolla po lobotomii. W szczegóły nie ma co się wdawać, bo są totalnie nudne, ale wiem jedno. W nosie, że straciłem ładnych parę latek, potencjalnie tych najlepszych, przeżyję to jakoś, nadrabiam w przyspieszonym tempie. Najważniejsze to rzecz, którą cała reszta Wszechświata powinna przeczytać i przyswoić - jeśli spotykasz kogoś i intuicja woła żeby się od tej osoby trzymać z daleka to jej słuchaj! Ja nie posłuchałem i dowiedziałem się potem naprawdę durnowatych rzeczy. Co ciekawe, co uważam za osobiste osiągnięcie tak w sumie, nie ruszyło mnie to. Jedyne co mnie dotknęło to fakt, że zostałem okłamany a nie to w jaki sposób. Znając mnie sprzed jakiegoś czasu, pewnie na wieść o tym zaszyłbym się pod kołdrą, uznał, że jestem wybrakowanym facetem i nie mam co się starać... a ja zacząłem się śmiać. Śmiać aż wszyscy pytali co z tym telefonem robię. Nie wiem czy czułem to pod skórą czy jak, ale to "wyznanie" sprawiło, że wiele rzeczy stało się dla mnie jasnych. Mój błąd, człowiek uczy się na błędach, jestem dzięki temu mądrzejszy. Jasne, miałem chwilę zwątpienia, że może w takim razie każdy kto mnie zna przed albo dowiaduje się, że "coś ze mną nie tak" będzie się do mnie odnosić, tak o mnie myśleć... Szybko zostałem wyprowadzony z błędu i na spotkaniu, i przez znajomych. Krótko mówiąc, głos mnie czasem jeszcze zdradza, na co zwrócił uwagę mój znajomy nie mówiąc mi o tym... z ostatniej rozmowy, przy której był, ma prawo się domyślić już w stu procentach i... nic, zero reakcji. Jestem facetem, kropka, nic więcej się nie liczy.
Nic więcej. Jestem mężczyzną. Stuprocentowym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)