wtorek, 23 lutego 2010

Priorytety

Wracałem dziś do domu okrężną drogą żeby trochę pogadać. Z kimś. Ta osoba i tak nie ma pojęcia o tym blogu, nie ma nawet pojęcia o tym kim jestem tak naprawdę. Wie "coś". I tyle.
Rozmowa była mniej lub bardziej specyficzna, ale nie o nią tutaj chodzi. Chodzi o to co z niej wynikło. Ano wynikła ciekawa różnica między nami. Ona chce coś co mam ja, ja natomiast pragnę tego co ma ona. I obydwoje nie możemy tego mieć. Znaczy... i tu przechodzimy właściwie do sedna tego co mnie gryzie, ja mogę osiągnąć to, ale... nie chcę? Nie mogę? Dzięki tej rozmowie dotarło do mnie, że mam kompletnie rozpierdolony system priorytetów, że coś chcę, ale nic w tym kierunku nie robię. Że tylko udaję, że chcę a tak naprawdę "dobrze" mi tak jak jest, bo mam tą pieprzoną kasę na te pieprzone gry. Że mam dom, mam obiad, mam samochód, mam studia i mimo, że nie mam tej, jak to w sumie sam sobie mianowałem, zajebiście ważnej rzeczy, nic nie zmieniam, bo tak jest "dobrze". "Wygodnie". Wychodzi na to, że to nie jest jednak tak zajebiście wykurwiście ważne skoro głupia wygoda powoduje jakikolwiek brak działania.
I to mnie denerwuje. Że mam dwadzieścia (ponad w sumie) lat, jestem traktowany jak dzieciątko i nic z tym nie robię. Nie próbuję się wyrwać, zaprotestować, trzasnąć drzwiami. Nie potrafię spakować tej pierdolonej torby i wyjść. Wciąż udaję, powtarzam, że to zrobię, że jak już będę w domu, jak już będę miał to czy tamto to się zabiorę... Z drugiej strony, cichutki głosik wewnątrz mówi, że jeśli to zrobię, pójdę do własnej pracy, nie będę mógł już w ogóle się z nią widywać. Z nikim nie będę mógł. Starczy, że widzę ją dwa razy w tygodniu przez godzinę z hakiem. A i to nie zawsze.

I stojąc na tym przystanku, patrząc jak idzie przed siebie i nawet się nie obejrzy, czując jak komórka wibruje informując o wyczerpanej baterii, mając dziesięć minut do przyjazdu tramwaju, poczułem się tak totalnie samotny jak jeszcze nigdy... Ostatecznie i nieodwołalnie sam. Pośród sześciu i pół miliarda homo sapiens sapiens, którzy pewnie nawet by nie zauważyli gdybym zniknął...

Wiem, miał to być blog o samych pozytywnych rzeczach, ale musiałem to jakoś z siebie wyrzucić. No i może jeśli to zostało zapisane, to z czasem jakoś inaczej na to spojrzę, nie wiem. Póki co, wyglądam mniej więcej jak ten tutaj House i czuję się jak zbity pies. O.

sobota, 20 lutego 2010

Motywacja... i co dalej?

Luty zmierza ku końcowi a ja nic nie piszę. Chaos z lekka nastał, więc jestem usprawiedliwiony. Sesja, przeprowadzka... Bywało dobrze, bywało źle. Nie chcę się nad tym rozwodzić, nie warto o tym wspominać. Teraz jest dobrze i tylko to chcę pamiętać. Po raz któryś z kolei postanawiam się wziąć w garść i wytrzymać. Dłużej niż ostatnim razem.

Przeczytałem książkę "Sekret" R.Byrne. Totalne powtórzenie "Potęgi podświadomości" J.Murphy'ego w bardziej łopatologicznej formie. Książka, którą szybko się czyta. Co prawda cały czas miałem wrażenie "czy oni nie wkręcają", ale pomyślałem, że jeśli zacznę się do tego stosować może będzie łatwiej? Zobaczymy, na razie różnie z tym bywa. Muszę także stwierdzić, że faszerowanie się "pozytywną" muzyką skutecznie oddala negatywne myślenie. A im dłużej jest ono nieobecne tym bardziej niechętnie do niego wracam. Postanowiłem zmałpować jeden patent i spisać na papierze wszystko to, co chcę w tym życiu osiągnąć. Jak będę na to patrzył codziennie to nabiorę motywacji. Tak to w teorii wygląda przynajmniej ;)

ReminderFox jest przydatnym rozszerzeniem. Z uwagi, że większość czasu w domu spędzam przed monitorem, zawsze mnie poinformuje kiedy czas ruszyć dupę. I fajnie wygląda pokreślona lista ToDo - wykonane, wykonane, wykonane... Aż się, kurcze, łapie motywację. Ciekawe czy za tydzień będzie tak samo silna...

W niedzielę jadę z komputerkiem do mieszkania. Czas się wprowadzić :) Mama chciała mnie wrobić w spłacanie kredytu za meble, ale tata stanął w mojej obronie. Już myślałem, że będę musiał zapomnieć o jakichkolwiek "zmianach" na długi czas...
A co do zmian... Doszedłem do wniosku, że powoli powinienem przestać się kitrać i zabrać do nich. Pierwszym krokiem będzie poinformowanie psychologa, że mówienie "jak dziewczynka" mi nie odpowiada. Ciekaw jestem jak na to zareaguje, ale wydaje mi się, że to jedno z bardziej odpowiednich miejsc na "mały test realnego życia". Tylko ciekawe jak długo jeszcze tam pochodzę...