środa, 21 kwietnia 2010

Takie tam poobiednie przemyślenia...

Odkrywam w sobie ostatnio olbrzymie pokłady złośliwości, którą obdarzam wszystkich dookoła. Nie bezpodstawnie, ale kiedyś byłem gotów na rzęsach stanąć, byleby komuś krzywdy nie zrobić. Teraz? Chowaj się kto może! Choć może to i dobrze, bo przez to "nie robienie krzywdy" obrywałem ja sam. I to najczęściej od siebie.

Podobno ze mnie się społecznik robi ponadto. Poradziłem sobie z eksperymentem, stres mnie nie zeżarł, potrafiłem nawet zwrócić uwagę jak było coś nie tak... Jestem pod wrażeniem samego siebie, jeszcze rok temu uciekłbym stamtąd szybciej niż powiedział cokolwiek :P

Co do przygody z kolanem... Jeszcze nigdy tak bardzo nie chciało mi się wyjść na spacer/na rower/ogólnie ruszać się na świeżym powietrzu. A nie mogę oczywiście. Obiecuję sobie, że jak wyzdrowieję to zacznę ćwiczyć, ale znając mnie nic z tego nie będzie. Odechce mi się po tygodniu :P Jest też zabawna strona tego wszystkiego. Uważam teraz na kolano bardziej niż powinienem i w rezultacie chodzę jak House (i to nie tylko moje zdanie). Jeszcze tylko sprawię sobie jego "płomienną laskę" to już w ogóle będzie... ;)

Wieczorne piwko sprzyja przemyśleniom. Takim charakterystycznym dla mnie, pseudofilozoficznym wynurzeniom. Tyle ludzi mówi, że nie potrafią czegoś, że coś nie wychodzi, że się tego zrobić nie da (w tym ja bardzo często)... A jednak doszedłem do wniosku, że to guzik prawda jest. Gdyby mój ojciec powiedział kiedyś "nie da się", nie miałbym nic. Gdyby moja matka, lekarze, ja sam stwierdził "nie da się" - po prostu by mnie nie było. I to kilka razy. Już nie mówię o osobach bardziej znanych, które zajebiście dostały po czterech literach zanim ktoś w ogóle ich zauważył. No to jak to jest? Da się czy nie? Da się. Tylko czemu ludzie w to nie wierzą (w tym czasem ja)?

A tak poza tym - Pani Psycholog! Ma pani co chciała... ;)

piątek, 9 kwietnia 2010

Bym powiedział: tydzień pełen wrażeń...

No proszę, pojechałem na święta do rodziny a tutaj opr dostałem, że mało i rzadko piszę. Mail jest, zawsze można napisać, zapytać przecież.

Tak, życie jako książka... Zawsze wolałem, żeby to była gra z autosave i load kiedy coś się spierniczy. Ot, żeby można było wszystko naprawić (tak, wiem, za dużo gram). Ale, jako że lubię też książki, staram się przyzwyczaić do tej "wersji". W końcu przecież najczęściej to przez błędy głównego bohatera mamy jakąś akcję. Książka o bohaterze idealnym pewnie nie sprzedałaby się ;)

A co do świąt. Tak, te były zdecydowanie złe. Pal sześć dobijające kazania w kościele (wszystkie moje plany wrzucają mnie bezpowrotnie w kategorię Ten Zły), nie muszę tam chodzić. Chodzi bardziej o to, że limit mojego szczęścia najwyraźniej się wyczerpał. Coś mi w kolanie strzeliło, właściwie całe święta przekuśtykałem. Miałem pojechać z Nią i sprawdzić u jakiejś masażystki czy coś co to jest, ale nie mogłem - lewa sprężyna przedniego zawieszenia, jak to jeden facet określił, pierdolnęła mi. Ugrzęzłem u rodziców. Tego samego dnia zablokowali mi telefon, bo ojciec zagubił gdzieś fakturę... Oczywiście z samą naprawą auta też był problem i mało nieco a musiałbym jechać do domu z ojcem. Z kolei w domu okazało się, że materac ma gdzieś dziurę i od połowy nocy ma  konsystencję łóżka wodnego. Po prostu... brak słów.

Choć z drugiej strony, gdyby ta sprężyna strzeliła na trasie a nie na podjeździe to nie wiem czy byłoby co zbierać... Szczęście w nieszczęściu to moja specjalność. Czasem, jak tak myślę ile razy mogło mnie zmieść z tego świata, dochodzę do wniosku, że coś się komuś na "górze" pokręciło i dał mi kocią liczbę żyć.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Coś się kończy, coś się zaczyna...

 Oczywiście, jak zwykle notka miała być wcześniej, ale moje lenistwo się odezwało...

W ostatni wtorek zakończyłem jeden rozdział w swoim życiu. Rozpoczynam następny. Bez psychologa na zawołanie, bez analizowania moich myśli, uczuć i postępowania z punktu widzenia terapeuty. Teraz moja w tym głowa żeby się o to zatroszczyć ;) To ostatnie spotkanie dało mi pozytywnego kopa. Może to głupie porównanie, ale wyglądało to trochę jak "wyrzucanie" pisklęcia z gniazda - "ok, pokazałam jak się lata, teraz ty musisz polecieć sam". Zmiany, zmiany, zmiany... Ciekawe co nowego przyniosą.

Z innych wydarzeń, pogadałem sobie szczerze z Nią. Wyjaśniliśmy parę spraw, porównaliśmy nasze punkty widzenia. I dowiedziałem się, że naprawdę dobrze prowadzę ;) W końcu ojca prognozy, że szybko to auto skasuję się nie sprawdza.

Ekhm. Droga Pani Psycholog! Jeszcze raz dziękuję za wszystko :)
To tak na wypadek, gdyby tu pani jednak zajrzała... ;)