sobota, 29 maja 2010

Oczywiście ta notka miała być wczoraj :P

Jak zwykle jest później. Czy to z lenistwa, czy zapomniałem, czy byłem zbyt zmęczony wczoraj to już nieważne. Jest notka teraz. I postaram się, żeby wyszło optymistycznie, specjalnie dla Kasi :P

Będzie się trochę odnosić do moich zajęć uczelnianych, bo właśnie na jednym z ostatnich wykładów doznałem dość silnego mentalnego trzepnięcia w potylicę przez tą bardziej rozumną część mnie. Była mowa o różnych rodzajach perspektyw czasowych, "wynalazku" profesora Zimbardo. Podczas notowania kolejnych opisów każdy próbował się do którejś z nich przyporządkować - negatywnej przeszłości, hedonistycznej teraźniejszości, przyszłości, pozytywnej przeszłości... Tyle, że nic do mnie nie pasowało. Może trochę ta negatywna przeszłość, bo wiecznie rozpamiętuję czego to ja nie zrobiłem a mogłem ;) Nu, ale kiedy przyszedł czas na omówienie kolejnej perspektywy (ponoć rzadkiej, dziwnej i w ogóle z logicznego punktu widzenia bez sensu) doznałem olśnienia - fatalistyczna teraźniejszość to zdecydowanie moja bajka. Brak poczucia kontroli, powtarzanie, że nic dobrego się nie wydarzy, niska samoocena, energia i poczucie szczęścia i, co ciekawe, niska średnia ocen w stosunku do warunków danej osoby (ergo, zdolny, ale leniwy jak to moja babcia zawsze powtarzała). Czy nie tak zawsze o sobie myślałem? Po co się uczyć, i tak pewnie średnio wypadnę; po co ćwiczyć cokolwiek, i tak zaraz mi się znudzi, siły nie nabiorę; po co pisać jeśli nikt nie przeczyta?

I tu zaczyna się ta naprawdę optymistyczna część notki - mentalne trzepnięcie w łepetynę dotyczyło uczucia: "Hej, koleś! Patrz jaki byłeś kiedyś, teraz to wygląda choć troszeczkę inaczej, więc możesz próbować zmienić się jeszcze bardziej! Do roboty!" Żeby tego wszystkiego było mało, wykładowczyni dodała, że sam Zimbardo miał problem ze swoją perspektywą czasu i udało mu się ją zmienić na dobre. Także - to wszystko jest do zmiany! :)

Zatem - ruszam do zajęć a chętnym zostawiam pogadankę profesora Zimbardo na ten temat właśnie (można sobie polskie napisy ustawić).

czwartek, 20 maja 2010

Coś powinienem wreszcie napisać...

... ale w sumie, nie wiem co... Chciałem napisać o tylu rzeczach - że kolano zdrowe, że sobie na studiach radzę, że mam swoją, w sumie niezbyt wymagającą, pierwszą pracę... Ale po co?

Przedstawiałem dziś na zajęciach moją prezentację. O samobójstwie. Zawsze lubiłem ten temat, trochę to głupie, wiem. Kiedyś myślałem o tym, dlatego. Teraz czuję, że to już za mną i chcę żeby inni tej myśli też się pozbyli. Czasem mam wrażenie, że mam jakiś syndrom zbawiciela. Każdemu chcę pomóc, chcę żeby się uśmiechał, był szczęśliwy. I w tym całym "chcę" czasem gubię samego siebie. Gubię to co ja sam bym chciał. Jasne, nie mogę powiedzieć całemu światu "pierdol się", ale to jest przecie moje życie.

A co do "mojego życia". Nie życzę sobie, nie chcę słuchać o tym i nie zamierzam brać tego w jakikolwiek sposób pod uwagę. O czym mowa? O "zaglądaniu mi do indeksu" i komentowaniu ocen w stylu "wiecznie mi mało", bo "za mało się starasz/za dużo przy kompie/i w ogóle wiecznie nie tak jak chcę". I ja się dziwię, że ktokolwiek się dziwi, że rozmawiać z nią nie chcę. Nie chcę, nie mam ochoty. Dobrze mi tu gdzie jestem. Nie mam zamiaru dołować się jej uwagami, po prostu.

Jestem śpiący i jednocześnie nie chcę iść spać. Chcę zrobić tyle rzeczy, w tyle gier zagrać, tyle rzeczy obejrzeć, tyle książek przeczytać, tego i tamtego się pouczyć... Za dużo chcę, bo kończy się na, jak zwykle, nicnierobieniu. Choć w sumie, czy to wina tego, że chcę za dużo i nie potrafię się zdecydować, czy tego, że wolę nie zaczynać niż rozwalić/zawalić/olać w trakcie?

Po sesji zapisuję się do seksuologa. Postanowiłem. Kropka.