niedziela, 25 września 2011

"Baby, ach te baby..."

Wczoraj było kolejne spotkanie "transnormalnych". Niby było tak od początku w sumie, ale ostatnio jakby się to "nasiliło" - faceci są w mniejszości :P Nie, że mi z tym źle, sporo ciekawych rzeczy jestem w stanie się od dziewczyn dowiedzieć, ale... chyba czuję potrzebę wejścia w jakieś męskie towarzystwo. Może dlatego mnie tak do gier ciągnie? Choć w sumie bardzo lubię, gdy grają z nami dziewczyny... Lubię grające dziewczyny... Ostatnio stwierdziłem, że na dzień dzisiejszy moim ideałem kobiety jest kobieta, która gra. Nie musi zaraz grać tyle co ja, mieć 5 postaci i każdego wieczoru "cisnąć heroiki". Wiem tylko, że nie chcę fałszywej tolerancji "graj sobie", bo to się prędzej czy później skończy "znowu grasz?" I ani się obejrzysz, kiedy twoje hobby jest oskarżane o całe zło tego świata, rozpad, płacz i nie wiadomo co jeszcze. Okej, mam kobietę to nie maniaczę, ale jeśli moje hobby ma być sprowadzane do poziomu głupawej zabawy dla gimbusów to ja wysiadam. Wysiadam i nie wracam. Tak, tego mnie nauczyły ostatnie miesiące - choćby skały srały nie porzucę siebie dla czyjegoś widzimisię. Misio misiem, ale to tak naprawdę niedźwiedź. Zapomniałem o tym, żałuję, bo pewnie mniej bym po dupie dostał. Stało się, trudno, idę dalej.

A tak w zasadzie to nawet nie wiem czy chcę kobietę... Chcę się bawić, rozwijać, zmieniać, pracować nad sobą. A jak mi takie na szyi wisi to to co najmniej utrudnione jest. No chyba, że nie ma syndromu "trzpiotki idiotki" i posiada elementarną dawkę pewności siebie. Nie chce mnie się prostować zagubionych dziewczynek myślących, że związek polega na doklejeniu do siebie faceta. Albo robienia za jego szalik. W tym względzie polecam książki Osho, sam to tłumaczyłem różnym ludziom przez ostatnie kilka lat, ale chyba nie dociera. Tak łopatologicznie: związek to związek. Związanie się dwóch osób. Różnych od siebie dwóch żyjących egzemplarzy. Dwóch. Odmiennych. Już coś świta? Nie jakieś dwie połówki jabłuszka czy pomarańczki. Nie jakieś jedne dusze, jedne ciała - nie! Jesteś sama, jedna, pełna, unikatowa i jak najbardziej zdolna do życia jako ten jeden egzemplarz egzystencji. A jeśli masz chęć dzielić z kimś swoje łóżko, zbierać mocno wczorajsze skarpety z podłogi, wkurzać się, że przypalony garnek stoi sobie wesoło na kuchence a śmieci znów nie wyrzucone to jak najbardziej ok. Ale ten ktoś nie jest przedłużeniem Ciebie, nie jest doklejony, jest swój własny, pełny i unikatowy jak i Ty. Nie jest 24/7 na Twoje zawołanie. A tym bardziej nie jest zwierzątkiem, które można sobie "wytresować". Misio, ale do czasu, bo jak będzie miał tresury dość to zrobi się z niego niedźwiedź i tyle go będzie widać. Wszystko działa w dwie strony, pisałem jak do dziewczyny, bo zauważyłem żeńską nadreprezentację w tym podejściu, ale faceci niech też sobie przyswoją. Że trudne? Że w bajkach inaczej było? Życie to nie bajka. Trzeba brać odpowiedzialność za siebie, za swoje wybory. Jasne, że trudne, zajebiście trudne. Ja się przynajmniej staram zamiast narzekać na wszechobecne zło tego świata.

Powyższy fragment nie adresowany do nikogo konkretnego, wszelka zbieżność sytuacji, powiedzonek czy epitetów czysto przypadkowa.

Mama dziś z telefonem do mnie, że u nich w kościele co piątek jakieś super rekolekcje dla osób +18 będą. I chce żebym poszedł, posłuchał, zobaczył, bo ona z ojcem też idzie. Szczerze - nie wierzę, że to coś da, znając podejście Kościoła do mnie, nie mam zamiaru zmieniać swojego podejścia do niego. Tyle, że burolem zamkniętym w swojej filozofii nie jestem, powiedziałem, że pójdę. Raz i zadecyduję czy będę chodzić dalej. I zastrzegłem, że nawracać na siłę się nie dam, choć oni dobrze o tym wiedzą.

Od tych ćwiczeń ciągle chodzę głodny... Zupa, pizza, kilo kanapek, sery, kiełbasy, rzodkiewki, kalafiory, nic. Mogę wrzucić w siebie dowolną ilość substancji a za godzinę znów to samo. Przerażające...

Ot co. Kropka.

czwartek, 8 września 2011

Już wrzesień?

Ten wpis miał wyglądać zupełnie inaczej, ale jak to ze mną bywa, odłożyłem go na "po weekendzie" i w międzyczasie zmieniłem jego koncepcję. W każdym razie, miałem pisać częściej to macie.

Punkt pierwszy - powrót na socjologię, podejście drugie i najprawdopodobniej ostatnie. W ostatniej chwili zacząłem się zastanawiać nad specjalizacją, bo socjologia mediów i komunikacji też się w pewien sposób wpisuje w moje zainteresowania. Niemniej jednak, papier złożony z socjologią problemów społecznych, zobaczymy... z lekka sam już nie wiem co chcę w życiu robić. A raczej, za dużo chciałbym robić. Szukając skórzanej torby Dziadka, znalazłem Jego książeczkę wojskową. Tak, nadal chcę do wojska. Tak, wiem, że mnie nie wezmą.

Wszystko wskazuje na to, że kolana przestały mnie boleć. Któryś z mięśni podudzia (aż tak się nie znam na anatomii czy piszczelowy, czy strzałkowy, czy może jeszcze jakiś inny) czasem jeszcze pod koniec biegu zamarudzi, ale to ponoć normalne przy bieganiu po chodniku. Muszę zainwestować w jakiś las/park/cokolwiek miękkiego. Ćwiczenia do "sześciopaku" mam, jeszcze tylko zorganizować drążek, wymyślić gdzie go umieścić (według ojca futryny nie przeżyją tego, są z jakiejś sklejki przytrzymane pianką - jakieś rady?) i ćwiczę. Na razie w domu, na siłownię mam chwilowy niedobór czasu. Jeśli to się zmieni - dam znać.

Nadrabiam zaległości lekturowe i filmowe. Taki stary wynalazek krążący gdzieś po internetach od dawna - 52 książki i 104 filmy w rok. Da się zrobić, kiedyś czytałem nawet więcej. Na początek idzie dokończenie książek Osho. Potrzebowałem czasu żeby się zabrać za to. Lista jest na bieżąco uzupełniana, jeśli ktoś ma jakieś propozycje - śmiało, może wykorzystam. I zaznaczam, że mam zaległości kolosalne, więc jak ktoś sucharem zarzuci to może i tak trafi. A czemu? Dalszy ciąg odrywania się od komputera. A raczej nauki racjonalnego wykorzystywania, bez siedzenia i zaglądania raz dwudziesty na kwejka czy jest coś nowego... Tym bardziej, że coraz bardziej przymierzam się do założenia nowego bloga - związanego z grami. A znając mnie, szybko zacznie mnie kusić "no zagraj jeszcze, przecież coś na blogu napisać musisz, niech będzie o tej grze". Dyscyplina! Ech... kogo ja chcę oszukać... Ale się staram! O! Tak mocno się staram, że rozpękłem strunę w gitarze i dostałem nią po palcach. Nic tam, nowa struna już jest.

Opinia mameły nie mówiącej o problemach jeszcze chyba długo będzie się za mną ciągnąć. Zadasz pytanie Przyjaciółce, niby zwykłe, ale pewnie dla Niej nie do końca, więc wśród znajomych wszczęła mały alarm "weźcie mi go wyciągnijcie gdzieś, bo chwilowo sama nie mogę a boję się, że humor ma kiepski". Albo, po śmierci chorej osoby, za którą trzymało się kciuki, dodasz na ryjksiążce opis mniej więcej na ten temat, z oczywistych względów nieoptymistyczny i w ciągu godziny dzwonią do ciebie z delikatnym pytaniem czy na pewno wszystko ok. A po uzyskaniu odpowiedzi "tak, jest ok" - "bo wiesz, ty nigdy nie mówisz wprost, że coś się dzieje, wolę się upewnić". Oczywiście, to jest totalnie, absolutnie i kolosalnie miłe, serce wyrzuca z siebie łzy radości zamiast krwi, motylki skaczą, zajączki latają, kierowca w autobusie przerywa kurs i zaczyna klaskać, ale na litość! Nic mnie nie jest. Naprawdę. Serio serio. A jak jest to i tak wam nie mówię, nawet nie wiecie kiedy i jak mi pomogliście i pomagacie. Taka magia! Za tą nieświadomą pomoc jestem oczywiście wdzięczny i jak będzie trzeba to się odwdzięczę. Tak do waszej wiadomości.

Plus. Jestem pod wrażeniem znajomych, tych gdańskich, uczelnianych. Ci, którzy wiedzą, jakimś cudem wyrzucili z codziennej świadomości, że mam inne imię w dowodzie i cycki pod koszulką. To jest niesamowite jak mówisz o "imieniu dowodowym" i widzisz ich totalnie skonsternowane miny zanim do nich dotrze o czym mówię. Dowód na to, że są ludzie, którzy na poziomie świadomym absolutnie nie zdają sobie sprawy, że zadają się z transem. Wszystko wiedzą, ale nie dociera to do nich w tym pozytywnym sensie, jestem mężczyzną i już. Gorzej będzie jak się za miesiąc zajęcia zaczną... ;)

Drugi plus. Będąc ostatnio poza domem zacząłem przyglądać się ludziom. Tak się to wszystko patrzyło zawsze na mnie, chciałem sobie "odbić". Ku mojemu zdziwieniu muszę stwierdzić, że... ludzie się na mnie już nie gapią! Nie zastanawiają się czym ja jestem, jak mnie traktować. Jestem sobą, nie miejscową sensacją. Ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu, niektóre kobiety patrzą, ale inaczej. Nie pytająco, ale, nie wiem, przyjaźnie? Fajne to.

Blogger trochę się zmienił i na dzień dobry uraczył statystykami. Nawet kiedy tu nic nie pisałem, były osoby, które zaglądały (nie, nie wyszukiwarki, je widać oddzielnie) - dzięki wielkie!