poniedziałek, 13 lutego 2012

Zaczęło się...

Dorastam w przyspieszonym tempie. A raczej nadrabiam stracony czas, napady hiper-aktywności kończą się całym dniem odsypiania, ale podoba mi się to.

Byłem w Łodzi. Sam. Pociągiem. Pierwszy raz jechałem w nocy. Trochę się zastanawiałem jak to wygląda, bo nasłuchałem się opowieści jak to w nocnych kradną, gwałcą i nie wiadomo co jeszcze... A się nawet wyspać mogłem (umiejętność zwinięcia się w dowolny kształt ftw). Mama wiedziała, że jadę, ale nie wiedziała jak, ojciec dowiedział się w ostatniej chwili i tylko prosił żebym uważał. W drodze powrotnej pogadałem sobie ze współpasażerami o planach na życie, pracy, wojsku (człowiek z rezerwy mi się trafił)... Wszystko jako mężczyzna, nuda :) Definitywnie dotarłem do momentu, że kiedy ktoś woła mnie kobietą to nie jest już "ech, domyślił się" a raczej "o co mu cholera chodzi?" i mam ochotę człowieka poprawiać.

Do rzeczy. Nie udało się znaleźć nawet ułamka Y w moim genotypie, z jednej strony ok, bo jedziemy utartym torem a z drugiej... Noż kurde ;) Na następną wizytę EEG i prześwietlenie łba, czyli jak to dr Robacha stwierdziła - udowadniam, że nie mam dwóch garbów. I dowiedziałem się. I się cieszę. Jak głupi do sera. Teraz w zasadzie wszystko od mojego spięcia się zależy - dwie wizyty i dostaję receptę. Już pisałem, że się cieszę?

Miałem trochę czasu do pociągu powrotnego, więc sobie po Łodzi połaziłem. Zwiedziłem Manufakturę, całkiem fajny pomysł. Byłem też na Piotrkowskiej, jakżeby inaczej. Nie przewidziałem tylko zakwasów dnia następnego, po tych kilkunastu co najmniej kilometrach. Zima mnie rozleniwiła ;) No, ale odespałem sesję i z nowymi siłami biorę się do roboty. Projekt samorealizacja trwa w najlepsze, praca wre. A działanie tylko mnie nakręca, perpetuum mobile.

Dziś zapewniłem sobie dobry humor do końca tygodnia. Jak? Ruszyłem się! Zajęcia po sesji się zaczęły, nowi prowadzący, nowe grupy, nowy bałagan. I nowe "chcę was poznać, przedstawcie się"... Tak, dokładnie, głosem dość dobitnym powiedziałem imię "z papierów" a potem "ale", że jestem osobą transseksualną i wolę kiedy się zwracają tak i tak. Prowadzący? "Ok, super, a wiesz, badania były na temat transseksualizmu, brałeś może udział?" Reszta? Cisza... Grobowa. Tylko kumpel, który wiedział, trochę chyba szok śmiechem ukrył. I chyba niedługo nową ksywę dostanę od niego... To były pierwsze i ostatnie zajęcia moje, po południu inni mają, więc ciekaw jestem czy ktoś coś powie. Jutro na wykładzie zobaczymy, jak do tej pory łukiem na korytarzu nie omijali, odzywali się. To mnie tak pozytywnie naładowało... Ok, adrenalina zrobiła swoje, ale sukces jeszcze więcej. O stare imię na zajęciach mam się upomnieć dopiero na wpisach. Aż mnie nosi! Uwielbiam ten stan, muszę go jakoś wykorzystać dzisiaj. Teraz już wszędzie przyjdzie mi przedstawiać się tak. I to mnie nakręca jeszcze bardziej. Dzieje się!

A będzie się dziać jeszcze więcej, bo oficjalnie zaczynam przygotowania do grudnia. Tego grudnia. Dopiero połowa lutego? Dla mnie już. Tyle czekałem, z tej perspektywy to bardzo mało czasu na ogarnięcie żeby wszystko wyglądało jak należy. To będzie fantastyczny koniec. Koniec z pierdolnięciem.

W końcu... dokładnie tak umierają anioły...

2 komentarze:

  1. Zakończenie Twojej notki jest dość przerażające... Cóż takiego wydarzy się w "tym" grudniu? Co masz na myśli?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym chciał żeby każdy wiedział co się wydarzy to bym powiedział wprost przecież. To będzie moje małe, planowane od kilku lat, "święto".

      Usuń