poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Wypadłem poza skalę

Poza skalę szczęścia. Po prostu. Tak się jeszcze chyba nigdy nie czułem. Gdyby nie kilka ostatnich nocy niedospania, pewno biegałbym z radości wokół bloku przez pół nocy.

Byłem w Łodzi. Pokazałem wyniki, wszystko ładnie pięknie cacy. Standardowa rozmowa, pochwaliłem się jak to w zasadzie cała uczelnia wie o mnie i tak dalej. Super. Następne badania to okulista i ten nieszczęsny ginekolog. Niedobrze mi się robi na samą myśl, ale jakoś muszę to znieść. Następna wizyta wypadałaby na czerwiec a to sesja, więc zaryzykowałem i zapytałem czy nie da rady dostać od razu wytycznych do badań laboratoryjnych żeby zaraz po sesji przyjechać z kompletem i dostać receptę... Także to oficjalne - "we wakacje" dostaję hormony :) Dodatkowo, dostałem już papierek, że jestem transem i wygląd się z dokumentami nie zgadza, bo przy płaceniu kartą bywają pytania nawet bez testo. Ponadto posłuży to jako podkładka dla endokrynologa żeby wydać zaświadczenie, że strzała dostać mogę. I dla rodziców, że odwrotu nie ma. Od razu zapytałem o pierwszą operację - na przełomie 2012 i 2013 będę się najpewniej szykować. Bosko. Kasa? Plan jest, kwestia co na to rodzice, bo przy tym rozwiązaniu jednak mają coś do powiedzenia. Jeśli się nie zgodzą, mam oczywiście plan B, ale liczę na to, że ten pierwotny wypali. Nawet jeśli sam w sobie taki super nie jest.

Na święta przyjechał chrzestny ze swoim kawałkiem rodziny, że tak to ujmę. Mają psa, więc zabraliśmy się z psami i "dziecięciem" na spacer. Od słowa do słowa we łbie zakiełkowała mi myśl, że zaufać jej mogę - wobec chrzestnego, dziadków i całej reszty nadal pełna konspiracja. Powiedziałem, żem trans i zapowiada się, że się nie pomyliłem. Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, właśnie znalazłem nowy kawałek towarzystwa. I tak, ten świat jest jakiś wściekle mały.

Jakiś czas temu dostałem propozycję spisania swojego "doświadczenia transu". Czas się zabrać za to powoli. I nadal się zastanawiam czy podpisać to nazwiskiem. Publikacja naukowa i takie tam...

 Naprawdę cieszę się, że się nie poddałem. Takie zajebiste rzeczy by mnie ominęły... Plan na mój koniec coraz bardziej wyklarowany, systematycznie posuwa się do przodu.

1 komentarz:

  1. Szacun Wić! Przyj do przodu, jak ja po czekoladę :P

    OdpowiedzUsuń