sobota, 28 stycznia 2012

Sesja i samoutrudnianie

No bo jak inaczej nazwać fakt, że zamiast się uczyć piszę notkę na blogu? ;) Matula mnie znowu odwiedziła i widzę jak dużo się zmienia. Tematu korekty nadal nie ma, ale po zakupach widać zmianę. Wreszcie mama szuka mi ciuchów na dziale męskim bez uprzedzania "ale wiesz, to z męskiego, ale takie uniseksowe no", kiedy przeglądam koszule sugeruje jaki wzór i kolor będzie dla mnie lepszy... Powoli powoli, ku lepszemu. Psa też co najmniej tolerują. Śmieją się z jego głupot, głaszczą kiedy przychodzi się pomiziać, kiedy zdarzyło jej się "zostawić znaka" to tylko była uwaga żeby posprzątać. Żadnej wojny. Nic. Normalna wizyta z gadaniem, żartami i wspólnym obiadem. W poniedziałek brat przyjeżdża, więc nadal nie będę siedział sam.

Świat jest strasznie mały, ten internetowy też. W internetowej grze spotkałem kumpla ze studiów. Miałem szczęście, że jest uświadomiony to nie było zamieszania ;) Trochę popytał, trochę się pośmiał, jest ok. Z początku się nie przyznałem, że to ja, bo nie znając mojego właściwego imienia użył dowodowego. Dopiero po egzaminie następnego dnia mu powiedziałem, minę miał bezcenną :D

Ostatnie dwa tygodnie to była niezła szkoła. Szkoła dyscypliny, ogarniania, wyrabiania się na czas, walki z samym sobą i wszystkim dookoła. I na dodatek jeszcze musiałem się z tym zmierzyć sam. Jeszcze tydzień, jeszcze tydzień... Mimo to, moja odporność już teraz zdecydowanie się podniosła. A poziom sarkazmu szybuje chwilami gdzieś w galaktyce kilka pięter wyżej...

Dziś notka krótka. Lepsze krótsze a częstsze przecież. Po sesji zrobię wielkie porządki, muszę się wreszcie pozbyć tych resztek przypominających mi o tamtej kilkuletniej farsie. Że też chciałem to sobie zostawić na "pamiątkę", o ja głupi...

A tak w razie gdyby co - nie popieram ACTA. Kropka. Później wstawię jakiś baner w tej sprawie, teraz wracam do nauki.

środa, 18 stycznia 2012

Zalatany bloga zaniedbał. Znów.

Ale jakichś wielkich wyrzutów sumienia nie mam, bo mam dziką satysfakcję z tego co się aktualnie dookoła mnie dzieje. Tyle zmian, spełnianych marzeń, zwykłej codziennej radochy... Ok, jeśli nagle na głowę zrzuci mi się sześć czy siedem kolokwiów, kilo egzaminów, ryza papieru przewidziana jest na prace zaliczeniowe, mam w pewnym momencie dziką ochotę usiąść okrakiem na łóżku i po prostu zacząć wyć. Wiem, że są osoby mające więcej na głowie niż ja, ale to jest mój "pierwszy raz". Zawsze miałem tak duży margines wolnego czasu, że to wszelkie pojęcie przechodzi... i nie zdawałem sobie z tego sprawy! A najlepsze jest to, że do tego wolnego czasu wracać za nic nie chcę. Nawet jeśli nie słyszę w końcu budzika i nie zdążam na kolokwium - wyciągnąłem stary, wściekle głośny budzik, będą teraz wyć cztery :D

Do rzeczy. Najpierw rzecz oczywista, Łódź ciąg dalszy. Druga wizyta była, kariotyp zrobiony bez problemu, wynik do odebrania przy następnej wizycie. Życiorys emocjonalny napisałem, nigdy więcej nie chcę mieć z tym do czynienia, wspominać te wszystkie doły, depresje, myśli... Jak dobrze, że to już przeszłość. Jakiś tam miniteścik na temat depresji dostałem, MMPI miałem robiony, więc się dowiedziałem, że drugi raz można sobie odpuścić (dzięki Losowi!). Byłem maksymalnie wredny i zgodziłem się, żeby drugi raz też jechać z Przyjaciółką mimo, że była chora. Na szczęście dla niej, ciopągi pozmieniały rozkład i na następną wizytę jadę sam. Niemal 24h będę miał wycięte z życiorysu przez to, ale trochę samodzielności łyknę ;) Na szczęście, połączenie bez przesiadki, jedyny mankament - do Łodzi jadę nocą. Myślę, że nie ma wielkiego ryzyka, że coś mi się stanie, ale jeśli rodzice się dowiedzą to wpadną w histerię i pewno będą chcieli kogoś ze mną wysłać... Tak, rodzice wiedzą. Dowiedzieli się przy okazji drugiej wizyty w dość brutalny sposób - mama zapomniała wyciągnąć świstka o ubezpieczeniu, więc przy załatwianiu na ostatnią chwilę musiałem powiedzieć dlaczego "nie mogę dowieźć dnia następnego". Generalnie tematu nie ma. Mama nic nie mówi, tata pogroził, że "hormony to nie cukierki", cisza. Ale cisza też dlatego, że w międzyczasie wyniknął inny "problem" i przestałem przyjeżdżać do rodziców. Bardzo rzadko jeżdżę, ot byłem w listopadzie a potem dopiero na święta. Posiedziałem, pojadłem i teraz dopiero po sesji zjadę.

A co to za "problem"? Pies. Mam psa :D Tamten okazał się najpewniej bujdą na resorach, bo nigdy nie dostałem potwierdzenia, że istniał, ale za to dzięki Przyjaciółce mam teraz super sunię, na którą wołam Mimi :) Przypałętała się pod drzwi Przyjaciółki, dostałem telefon czy jej nie przechowam dopóki się właściciel nie znajdzie, nikt się po nią nie zgłosił, została. Wbrew woli rodziców, co doprowadziło do wojny i smutnego wniosku, że na dobrą sprawę zamknęli mnie w złotej klatce... Także zacząłem męczący proces ponownego odcinania pępowiny. Bardzo męczący.

Co jeszcze? Kilka sytuacji ciekawych może. Wizyta w klubie, już od progu nikt nie ma wątpliwości żem facet, bo ochrona trzepie mnie czy czegoś nie wnoszę :P Później zaznajamiałem się w kiblu z nawalonym naziolem. Czekałem do kabiny, on chwiejąc się lał do pisuaru i nie mógł odmówić sobie pogadania ze mną w ichnim slangu. Tylko czemu założył, że też mam coś z nim wspólnego? Inna sytuacja, całkiem świeża - biba w Sopocie. Na imprezie z początku były same osoby znające mnie "jak należy". W pewnym momencie dołączyła do nas znajoma, z którą studiuję i teoretycznie nie ma bladego pojęcia o co chodzi ze mną... Chwila strachu, że pozamiatane w towarzystwie i... "pier*** nie będę udawał" szybko rzuciłem parę zdań z wyraźnym akcentem na -łem, kumpel zawtórował mówiąc coś do mnie i całą imprezę byłem dla znajomej "nim" :) Nie wiem czy się domyślała wcześniej, czy jest na jakimś wyższym poziomie rozumienia życia czy co tam, ani słowem się nie zająknęła. Nie zapytała też o co chodzi. Ani mnie ani innych znajomych później. Magia! :) Także w sumie, coming outu ciąg dalszy. Plus, kolejne osoby w kole naukowym się dowiedziały. Coś mi do łba strzeliło na warsztatach, powiedziałem, że bardziej czuję się mężczyzną, zapytali w jakiej formie się zwracać do mnie to ja, że jestem w trakcie korekty choć jeszcze niewiele osób wie, i że męska byłaby całkiem miła. Z uśmiechem "ok", trzy błędy "zrobiłyśmy" i spokój. A osoby, które były na warsztacie, mijane na korytarzu z uśmiechem do mnie już z daleka, zamienią kilka słów, cud mniód w ogóle. Strach ma kurczę taaaaaakie oczy. I nic więcej :)

Wreszcie było spotkanie "naszych" na uczelni. Dowiedziałem się, że z Anią będę miał zajęcia na socjologii. I to chyba w przyszłym semestrze, więc muszę się streszczać z uświadamianiem współstudentów, bo na cyrki nie mam ochoty. Dziś znajoma palnęła do mnie w męskiej formie, więc jest dobrze :P Plus, ciekawostka na temat rodziców. Niby tematu nie ma, ale święta dla mamy musiały być dość schizofreniczne, bo raz mówiła do mnie per on, raz ona. Sylwester ze znajomymi z kolei był super. Wreszcie nie sam jak od dwóch lat i to się chyba sprawdza, bo ciągle gdzieś łażę. Tak, oficjalnie nie mam na nic czasu. Mniej oficjalnie, odkryłem ostatnio mały zapas czasu ukryty przewrotnie pod nazwą "za chwileczkę". Zaś tajemnicą poliszynela jest (było), że się NUDZĘ. Tak po prostu, robię coś i się nudzę, więc w wolnych chwilach zacząłem rysować i/lub pisać. Muszę wreszcie przekuć pomysły w opowiadania, bo się tego we łbie nazbierało. I parę innych rzeczy muszę zrobić, ale to później. To, że mam chwilowy niedobór bodźców nie znaczy, że się nie uczę. A egzaminy już niedługo.

Miałem ostatnio kilka "przemiłych" rozmów z lasencją, która bardzo niefortunnie nosi miano mojej byłej. Mam gorącą nadzieję, że dziś był ostatni raz, bo to czym mnie uraczyła zakrawa na komedię kręconą przez ślepego i głuchego trolla po lobotomii. W szczegóły nie ma co się wdawać, bo są totalnie nudne, ale wiem jedno. W nosie, że straciłem ładnych parę latek, potencjalnie tych najlepszych, przeżyję to jakoś, nadrabiam w przyspieszonym tempie. Najważniejsze to rzecz, którą cała reszta Wszechświata powinna przeczytać i przyswoić - jeśli spotykasz kogoś i intuicja woła żeby się od tej osoby trzymać z daleka to jej słuchaj! Ja nie posłuchałem i dowiedziałem się potem naprawdę durnowatych rzeczy. Co ciekawe, co uważam za osobiste osiągnięcie tak w sumie, nie ruszyło mnie to. Jedyne co mnie dotknęło to fakt, że zostałem okłamany a nie to w jaki sposób. Znając mnie sprzed jakiegoś czasu, pewnie na wieść o tym zaszyłbym się pod kołdrą, uznał, że jestem wybrakowanym facetem i nie mam co się starać... a ja zacząłem się śmiać. Śmiać aż wszyscy pytali co z tym telefonem robię. Nie wiem czy czułem to pod skórą czy jak, ale to "wyznanie" sprawiło, że wiele rzeczy stało się dla mnie jasnych. Mój błąd, człowiek uczy się na błędach, jestem dzięki temu mądrzejszy. Jasne, miałem chwilę zwątpienia, że może w takim razie każdy kto mnie zna przed albo dowiaduje się, że "coś ze mną nie tak" będzie się do mnie odnosić, tak o mnie myśleć... Szybko zostałem wyprowadzony z błędu i na spotkaniu, i przez znajomych. Krótko mówiąc, głos mnie czasem jeszcze zdradza, na co zwrócił uwagę mój znajomy nie mówiąc mi o tym... z ostatniej rozmowy, przy której był, ma prawo się domyślić już w stu procentach i... nic, zero reakcji. Jestem facetem, kropka, nic więcej się nie liczy.

Nic więcej. Jestem mężczyzną. Stuprocentowym.