poniedziałek, 20 lutego 2012

Biegiem!

Rzeczy zaczynają dziać się coraz szybciej, coraz więcej na raz. Powinienem mieć w związku z tym mniej czasu na pisanie tutaj, ale jakoś udaje mi się ostatnio skuteczniej go sobie organizować. Dobra rzecz, jestem z tego bardzo zadowolony.

Nadal obdzielam wszystko dookoła informacją o zmianie. Znaczy tych, którzy nie wiedzieli. Reakcje wyłącznie pozytywne. I jedna śmieszna z dzisiaj. Znaczy, też pozytywna, ale wyrazu jego twarzy chyba nie zapomnę do końca życia ;) Był w tak ostrym szoku, że przez chwilę mowę mu odjęło, upewnił się po chwili czy to nie jest żart i zapytał jak ma się teraz zwracać. Ot, wielka mi rzecz. Ok, miał prawo zrobić minkę, bo wyskoczyłem totalnie nagle, znikąd i powiedziałem to tonem niespecjalnie tolerującym sprzeciw, ale to był człowiek, który był w stanie wołać mnie nieszczęsnym imieniem z połowy korytarza. Teraz już nie powinien, to najważniejsze :)

Usłyszeć na zajęciach swoje właściwe imię od wykładowcy... Po prostu bezcenne. Niby nic, ot, zapytał mnie czy się zajmę przygotowaniem ankiety. Niby nic a potrafi wprawić w naprawdę dobry nastrój. Z tej radości wykonałem coś na kształt piruetu chcąc przejść przez drzwi i jednocześnie je przytrzymać żeby z przeciwnej strony mogła wejść dziewczyna. Rozbawiłem ją, nie ma co :)

Zapisałem się na konferencję. Co śmieszniejsze, z właściwym imieniem. Na ostatnim spotkaniu "naszych" zapytałem czy w związku z tym, mimo rozbieżności w papierach, dałoby się zakręcić w dziekanacie ze zwrotem kosztów za publikację artykułu. Się najprawdopodobniej da, będziemy walczyć w przyszłym tygodniu o to. I, uwaga, o nowe indeksy :D W systemie bez wyroku zmienić mnie nie można, ale indeksy może się udać. Egzaminy jako ja, prace zaliczeniowe normalnie wreszcie podpisane...

Tylko mnie to wszystko utwierdza w tym, że podjąłem dobrą decyzję. Są chwile, kiedy żałuję, że dopiero teraz, że nie zrobiłem tego wcześniej. Żałuję, że nie zebrałem się w sobie i nie przestałem się przejmować wcześniej. No, ale lepiej późno niż wcale. Może faktycznie potrzebowałem tego czasu, dokładnie tyle ile minęło, żeby właśnie przestać się przejmować? Żeby zacząć być sobą? Może potrzebowałem tej depresji, tego siedzenia i myślenia, wahania, odkrywania siebie, zmieniania siebie... Żeby teraz móc z całą siłą powiedzieć: "Jestem jaki jestem i tego nie zmienisz. Albo przyjmiesz to do wiadomości, albo idź do diabła". I nie boję się, że ktoś powie żem dziwak. Że mi piątej klepki brak albo że mam się leczyć gdzieś w zakładzie. Mam to gdzieś. Niech sobie świat myśli co chce, ja jestem sobą. I jestem sam ze sobą jak najbardziej szczęśliwy. Mam poczucie, że przez kilka ostatnich lat strasznie się pogubiłem. W tym kim jestem, co jest moim celem, do czego dążę, po co tutaj jestem. Teraz, w tej samotności, znajduję siebie na nowo. I to jest naprawdę fajne uczucie, coś jak spotkać starego przyjaciela i przy piwie gadać o tym co się przez ten czas wydarzyło.

Przypomnieć sobie, że jest się Wojownikiem Światła. I nie zapomnieć więcej...

Wiosna!

poniedziałek, 13 lutego 2012

Zaczęło się...

Dorastam w przyspieszonym tempie. A raczej nadrabiam stracony czas, napady hiper-aktywności kończą się całym dniem odsypiania, ale podoba mi się to.

Byłem w Łodzi. Sam. Pociągiem. Pierwszy raz jechałem w nocy. Trochę się zastanawiałem jak to wygląda, bo nasłuchałem się opowieści jak to w nocnych kradną, gwałcą i nie wiadomo co jeszcze... A się nawet wyspać mogłem (umiejętność zwinięcia się w dowolny kształt ftw). Mama wiedziała, że jadę, ale nie wiedziała jak, ojciec dowiedział się w ostatniej chwili i tylko prosił żebym uważał. W drodze powrotnej pogadałem sobie ze współpasażerami o planach na życie, pracy, wojsku (człowiek z rezerwy mi się trafił)... Wszystko jako mężczyzna, nuda :) Definitywnie dotarłem do momentu, że kiedy ktoś woła mnie kobietą to nie jest już "ech, domyślił się" a raczej "o co mu cholera chodzi?" i mam ochotę człowieka poprawiać.

Do rzeczy. Nie udało się znaleźć nawet ułamka Y w moim genotypie, z jednej strony ok, bo jedziemy utartym torem a z drugiej... Noż kurde ;) Na następną wizytę EEG i prześwietlenie łba, czyli jak to dr Robacha stwierdziła - udowadniam, że nie mam dwóch garbów. I dowiedziałem się. I się cieszę. Jak głupi do sera. Teraz w zasadzie wszystko od mojego spięcia się zależy - dwie wizyty i dostaję receptę. Już pisałem, że się cieszę?

Miałem trochę czasu do pociągu powrotnego, więc sobie po Łodzi połaziłem. Zwiedziłem Manufakturę, całkiem fajny pomysł. Byłem też na Piotrkowskiej, jakżeby inaczej. Nie przewidziałem tylko zakwasów dnia następnego, po tych kilkunastu co najmniej kilometrach. Zima mnie rozleniwiła ;) No, ale odespałem sesję i z nowymi siłami biorę się do roboty. Projekt samorealizacja trwa w najlepsze, praca wre. A działanie tylko mnie nakręca, perpetuum mobile.

Dziś zapewniłem sobie dobry humor do końca tygodnia. Jak? Ruszyłem się! Zajęcia po sesji się zaczęły, nowi prowadzący, nowe grupy, nowy bałagan. I nowe "chcę was poznać, przedstawcie się"... Tak, dokładnie, głosem dość dobitnym powiedziałem imię "z papierów" a potem "ale", że jestem osobą transseksualną i wolę kiedy się zwracają tak i tak. Prowadzący? "Ok, super, a wiesz, badania były na temat transseksualizmu, brałeś może udział?" Reszta? Cisza... Grobowa. Tylko kumpel, który wiedział, trochę chyba szok śmiechem ukrył. I chyba niedługo nową ksywę dostanę od niego... To były pierwsze i ostatnie zajęcia moje, po południu inni mają, więc ciekaw jestem czy ktoś coś powie. Jutro na wykładzie zobaczymy, jak do tej pory łukiem na korytarzu nie omijali, odzywali się. To mnie tak pozytywnie naładowało... Ok, adrenalina zrobiła swoje, ale sukces jeszcze więcej. O stare imię na zajęciach mam się upomnieć dopiero na wpisach. Aż mnie nosi! Uwielbiam ten stan, muszę go jakoś wykorzystać dzisiaj. Teraz już wszędzie przyjdzie mi przedstawiać się tak. I to mnie nakręca jeszcze bardziej. Dzieje się!

A będzie się dziać jeszcze więcej, bo oficjalnie zaczynam przygotowania do grudnia. Tego grudnia. Dopiero połowa lutego? Dla mnie już. Tyle czekałem, z tej perspektywy to bardzo mało czasu na ogarnięcie żeby wszystko wyglądało jak należy. To będzie fantastyczny koniec. Koniec z pierdolnięciem.

W końcu... dokładnie tak umierają anioły...