niedziela, 25 marca 2012

Suddenly...

Z całych sił staram się ogarnąć otaczający mnie chaos. Z mizernym skutkiem oczywiście, ale lepiej robić cokolwiek niż absolutnie nic.
Na co dzień jakoś o tym wszystkim nie myślę, przeskakuję od zadania do zadania, od jednej rzeczy do drugiej, bez większego rozmyślania co, kiedy i jak. Wszystko jest "jak zawsze"... do momentu kiedy nie wcisnę pauzy żeby złapać oddech na balkonie, zebrać myśli... Wszystko jest "po staremu" dopóki na zajęciach nie usłyszę mojego właściwego imienia, dopóki kumpel nie poda mi ręki na przywitanie, dopóki wykładowca nie zapyta co robiłem w weekend... Wtedy, w tej jednej, niesamowicie długiej według mojego łba chwili nic nie jest jakie było kiedyś. Jestem. Jestem w tej chwili cały, czuję, że żyję. Czuję, że to wreszcie ja, że w tym całym chaosie, w tym dwudziestodwuletnim bałaganie, burdelu nie z tej rzeczywistości, zaczynam odnajdywać swoje miejsce. Jeszcze kilka lat temu nie sądziłem, że jestem w stanie odczuwać coś głębszego niż zadowolenie ze smacznego obiadu. Jeszcze do niedawna uważałem, że jestem szczęśliwy, bo nie dzieje się nic nieszczęśliwego, taka nieszkodliwa bezczynność...

A teraz?

Teraz... Nigdy bym nie pomyślał, że można czuć szczęście każdą cząstką swojego pudła. Że można siedzieć na zajęciach i siłą krzyżować sobie nogi żeby nie zacząć skakać po sali, że można biec ulicą nie dlatego, że się spieszysz, ale dlatego, że rozpiera cię energia i jeśli tego nie zrobisz to zaczniesz krzyczeć. Że można z radości nie móc zasnąć, że można zrywać się rano, bo chcesz być na zajęciach, spotkać się z ludźmi, być nim. Być sobą. Wreszcie, po ponad dwudziestu dwóch latach, być naprawdę sobą. Super sprawa. Coś jakby być cały czas na wysokoenergetycznej mieszance, jakby się naćpać amfetaminy po same uszy.

Gdyby nie pewna osoba, mógłbym dojść do tego momentu znacznie później. To ona, całkiem nieświadomie, dała mi informację o czymś takim jak transseksualizm, o tym, że to się "leczy" i że istnieją strony dla takich ludzi. Nie wiedziałem jak jej powiedzieć o tym co się dzieje, więc zerwałem kontakt, choć tak naprawdę nie chciałem. No, ale Los sobie zażyczył, że znów się spotkaliśmy, ja się zebrałem w końcu w sobie, powiedziałem... "No nareszcie!" - taką dostałem odpowiedź. Musiałem wyglądać na nieźle zszokowanego, bo przez moment nie wiedziałem co się stało właściwie. Okazało się, że się domyślała od dawna. A ja straciłem kawał znajomości ze... strachu? Tak, to chyba był strach. Dziwne, bo zawsze lubiłem go przełamywać, jeno nie w kontakcie z ludźmi. Ale jak widać daję radę. I to też daje frajdę.

Zrobiłem według planu EEG i RTG łba. Wszystko pięknie, ładnie, czysto.

Życzeń na Dzień Kobiet nie dostaję.

Kiedy kurier przy mojej mamie wziął mnie za "młodego pana", mama tylko śmiała się wniebogłosy zamiast zrobić "scenę z córeczką".

Indeksów nie dało rady załatwić, bo licencjat jeszcze będę miał na starych danych. Trudno. Tak też przeżyję, funkcjonuję już wszędzie jako mężczyzna. No, z nielicznymi wyjątkami, ale niedługo, niedługo.