środa, 4 lipca 2012

Uwaga! Nadmiar szczęścia w notce!

I stało się! Oficjalnie i nieodwołalnie, tak jak od zawsze być powinno, bez żadnego "ale", z uśmiechem na gębie - wczoraj wieczorem dostałem pierwszy zastrzyk :) Gdy dostałem receptę na wizycie, ludzie w Łodzi chyba myśleli, że jestem na prochach, bo się dziwnie patrzyli kiedy tak z bananem na pysku szedłem :D Oczywiście, nie mogło być tak pięknie, bo z tej radości nie spojrzałem dokładnie i nie było na niej pieczątki lekarza, ale moja endokrynolog, złota kobieta, bez problemu sygnowała to swoim nazwiskiem na nowej recepcie. Za trzy tygodnie następny. Nie mogę przestać cieszyć banana, to jest niesamowite! Jest projekt. Będę w regularnych odstępach strzelał sobie zdjęcie i zestawię to ze sobą po czasie. I jakiś notatnik by się przydał tego co się będzie dziać we łbie. I tak, wiem, że nie od razu Kraków zbudowano ;)

Tak, dłuuugo nie pisałem. Sesja. Konferencja. Chaos. Mnóstwo się wydarzyło. Rodzice są ze mną, nawet tata machnął się i zafundował mi garnitur na konferencję. Brat jest ze mną! Chrzestny z ciocią są ze mną! A co wydawało mi się jeszcze niedawno najbardziej abstrakcyjne - babcia jest ze mną! :) Dziadek nadal mocno się oswaja, ale będzie dobrze. Wszyscy pomagają i cały czas zapewniają, że nadal pomagać będą. Chrzestny zawiózł na pociąg, mama zrobiła pierwszy zastrzyk... Jestem niesamowitym szczęściarzem :)

Z wizyt lekarskich wcześniejszych, nie było sytuacji żeby było coś nie halo, ktoś robił problem. Endokrynolog dała bez problemu zaświadczenie, że teścia dostać mogę, wytłumaczyła jak to z jej strony będzie wyglądać, kiedy na kontrolę w związku z Hashimoto i takie tam. Okulista super kobieta, pogadaliśmy o psychologii, o transseksualizmie, życzyła powodzenia. Tak samo "nieszczęsna" ginekolog. Zagłaskałaby na śmierć swoją troską i załatwiła wszystko najszybciej jak się dało. Szczęściarz ze mnie raz jeszcze.

Pomogłem w badaniach osób transpłciowych. We wklepaniu ankiet do programu statystycznego konkretnie. Z polecenia wykładowcy, więc najwyraźniej czy chcę czy nie chcę, nie zakopię się w kącie sali niezauważalnie. I to jak widać procentuje. A mnie to cieszy. Niesamowicie patrzeć jak moje życie w zasadzie z każdym dniem jest coraz bliżej tego wymarzonego celu, ideału, obrazu. Praktycznie w każdym zakresie.

Po pięciu zastrzykach telefoniczna kontrola, wycieczka do Łodzi po dziesięciu. I zobaczymy co z pierwszą operacją... :)